Patrycja Nowak

Trip report /Opowiadanie/
unnamed3

„Zdawało im się, że ta właśnie droga, a raczej brak wytkniętej drogi określa ich doskonale i nie tylko ich, ale całe pokolenie rówieśników. Poprzednie generacje – mówili sobie – były w stanie osiągnąć pełniejszą samowiedzę, a zarazem wiedzę o świecie, jaki zamieszkiwały. Oni sami woleliby mieć może dwadzieścia lat w czasie wojny hiszpańskiej czy w okresie Ruchu Oporu; (…) wydawało im się, że problemy, jakie wówczas stawały przed ludźmi, problemy, jakie ich zdaniem stawały – były prostsze, nawet jeśli sytuacja była krytyczniejsza; oni natomiast mieli do czynienia jedynie z zagadnieniami-pułapkami”.
/”Rzeczy”, Georges Perec, 1965 rok/

To był błysk, ułamki sekund. Popatrzyli na siebie i było jasne, że muszą dalej na siebie patrzeć, dotykać, mówić. Teraz, natychmiast. I cały czas.

Chodźmy tańczyć.

O Boże, to było coś jak jazda na karuzeli śmierci. Albo nie, na karuzeli życia. Właśnie życia. Nigdy przecież nie czuli się tak żywi i tak głupi jak wtedy. Nie myśleli i nie mieli zamiaru myśleć. Nie teraz. Tylko się głupio śmiali, całowali i wykonywali dużo ekstatycznych gestów, jakby szukali po omacku jeszcze większej ilości środków wyrazu.

Podniósł ją wysoko, jak niemowlę albo lalkę. Trzymał nad swoją głową w wyciągniętych wysoko ku górze rękach. Machała nogami i piszczała. Skąd miał tyle siły, przecież była niewiele niższa od niego? Sam się potem zastanawiał. Ale w tamtej chwili po prostu czuł się tak nieprzytomnie szczęśliwy, że nie mógł tego wyrazić inaczej, tylko trzymając ją nad swoją głową i śmiejąc się na głos, i pytając ją, skąd ona się właściwie wzięła?

Jeszcze na ulicy włożył jej rękę w majtki, wsunął głęboko palec. Nie potrafił się powstrzymać. Wydawało mu się, że ona jakoś dziwnie błyszczy, że ma coś takiego świecącego w sobie i nie rozumiał, że to błyszcząca cera, bo ma mieszaną i nie użyła bibułki matującej. Dla niego była apetycznie świetlista. Całe jej ciało było idealne, pachniała czymś, co wdychał bez opamiętania, chociaż w rzeczywistości niczym nie pachniała, tylko ginem z tonikiem. Musiał bez przerwy jej dotykać. Najchętniej nie wyjmowałby z niej palca przez całą drogę, był najszczęśliwszy na świecie, kiedy go tam trzymał, bo to oznaczało, że ją zdobył, że jest jego, to oznaczało, że za chwilę ją rozbierze, że całe jej ciało będzie do jego dyspozycji i on je może nawet zje. Nie panował nad sobą. Całował ją zachłannie i śmiał się na głos.

Chodźmy do łóżka.

Od roku nie widziałem tak pięknej kobiety. I w dodatku masz piękne dłonie. I stopy. I głos. Wróciła potem do domu i nie mogła zasnąć. Śmiała się. Wczesnym rankiem przysłał jej SMS-a „Mam ciągle w okolicach szyi twój zapach. Śpij bezpiecznie. Ja już idę do pracy”.

Chodźmy do łóżka.

Okazał się zwierzęciem. Był trochę brutalny. Silny. Pokazał inną twarz, a ona była zachwycona. Potem w pracy dwa razy onanizowała się w łazience. Nie potrafiła się na niczym skupić. Nie mogła myśleć, chciała po prostu, żeby przyszedł do jej biura i ją przerżnął. Była otumaniona, sparaliżowana. Była szybka i gotowa. Tak, to był stan euforii.

Musisz mnie głaskać, wiesz – mówił. – Musisz mnie chwalić, powtarzać, że jestem wyjątkowy.

Nie robiła więc tego nigdy.

Chcę cię poznać z moimi rodzicami, niemal wykrzykiwał, entuzjastycznie. Zabiorę cię do mojego domu rodzinnego. Chcę cię zaprosić na kolację do moich najlepszych przyjaciół, chcę zabrać cię na bankiet i przedstawić mojemu szefowi, żebyś znała imiona moich sąsiadów i żebym ja znał twoich.

– Nie, mamo, nie mogę wydorośleć – powiedziała kategorycznie. Matka wkładała do ust kawałek sernika z czekoladą, a ona nie mogła na to patrzeć. Upychała go sobie i karciła ją z pełnymi ustami. Tak się nie karci, to nie jest porządne karcenie.

Miał zawsze rozszerzone źrenice. Od kiedy go poznała, nie widziała, żeby miał źrenice jak czarne kropeczki. Zawsze były rozlane jak lepka plama. Nawet kiedy patrzył na słońce. Nie pierwszy raz coś takiego widziała. Każdy zakochany mężczyzna ma takie oczy. To żadna poetycka metafora, ale jakiś pewnie prosty do udowodnienia biologiczny fakt.

Chciałbym ci umieć pomagać.

Patrzył na nią tymi smolistymi źrenicami i naprawdę się zachwycał. Wszystkim, co robiła. Każdym jej gestem, sposobem, w jaki mówiła. Nie słyszał wyraźnie słów, ale wiedział, że jest zachwycony. I bardzo się tego bał, chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedział.

Ona też się bała. Widziała jego zachwyt i wiedziała, że jest niezasłużony. Sposób, w jaki jadła truskawki nie był aż tyle wart. Czuła już ciężar odpowiedzialności. Czuła, że jego zachwyt stawia ją w pozycji kłamczuchy, a przecież nie chciała go okłamać, nie chciała udawać idealnej, chciała być dla niego zwyczajna i żeby to właśnie rozszerzało mu źrenice.

Był 2013 rok. Mieli po 35 lat, ale wciąż wydawało im się, że we wtorek będzie kartkówka z polskiego. Mieszkali w wynajmowanych mieszkaniach. Ona na poddaszu, on na parterze. Miał nieduży zaniedbany ogródek, a ze ścian kamienicy sypał się tynk. Jeździł starym oldsmobilem, którego utrzymanie kosztowało go stanowczo zbyt dużo. Ona miała psa. Wzięła go ze schroniska i woziła w koszyku, przymocowanym z przodu roweru. Suczka miała na imię Wanilia.

Chcę spędzić z tobą dużo czasu. Chcę patrzeć ci w oczy, rozmawiać. Potem chcę pójść z tobą do łóżka i chcę, żebyś czuła się dobrze, żebyś była szczęśliwa. Potem chcę zrobić ci śniadanie i wsadzić na rower, żebyś bezpiecznie pojechała do pracy.

Obudził go strach o 6:00 rano. A mógł sobie jeszcze trochę pospać. Był u siebie w mieszkaniu, spał bez niej. Ale myślał o niej bez przerwy. Dotarło do niego, że ją pokochał. Tak nagle i zbyt szybko. Zrozumiał, że gdyby jej zabrakło, to by cierpiał. Tak jak wtedy, z tamtą swoją studencką miłością, po której już pilnował, żeby się nie zakochiwać. Tym razem nie był wystarczająco czujny. Już czuł ten ból po stracie, tęsknił przecież, choć widział ją wieczorem. Z żalem patrzył na puste miejsce na łóżku. A więc musi teraz podwoić wysiłki, by nie kochać. By zachować wolność i kontrolę. Obojętność, powtarzał sobie, zamiast liczenia owiec. I wreszcie usnął jeszcze na godzinę.

Ona wstała koło 9:00, ale także była pełna strachu. Rozbudziła w sobie nadzieje, wielkie nadzieje na love story i nie mogła się opamiętać w snuciu marzeń o tym, jak bardzo będą szczęśliwi. Nareszcie spotkała swojego mężczyznę. Na zawsze.

Niespodziewanie zastała go nadąsanego. Siedział w swoim mieszkaniu z laptopem na kolanach i kubkiem kawy w ręce. Nawet na nią nie spojrzał, kiedy weszła. Co jest? Nie idziemy na obiad? Mam robotę. Odburknął. Umówiliśmy się. Chuj z tym. Mam robotę, mówię. Popatrzyła na niego, zdziwiona. Czuł ten jej wzrok, zawstydził się. Nie mam kasy, okej? Powiedział łagodniej. Te wafle nie zrobiły przelewu. Mam trzydzieści pięć lat i nie stać mnie na to, żeby zaprosić cię na obiad. Rozczulił ją. Tym, że był o to tak wściekły. Ja cię zapraszam. Powiedziała łagodnie. A on na to, że nie interesuje go sponsoring. Musieli się umówić, że w ramach równouprawnienia teraz zapłaci ona, a następnym razem on. Obiecał, że nie będzie czuł się źle, kiedy ona będzie płaciła. Ale, jak się potem okazało, czuł się fatalnie. Był na nią wściekły. Kiedy wyszli na ulicę, powiedział jej, że ma pryszcz na policzku.

Siedzieli w małym bistro, modnym dlatego, że wszystko, co można było w nim zjeść, to był świeży chleb, niepryskane pomidory i sałatka z rukoli. Do tego zupa dnia. Wtedy to był krem z porów. Odrywali garście chleba, a okruchy zdobiły ciosany z jasnego drewna stolik grudkami w kolorze papieru pakowego. Wszystko było tak niekrzykliwie skomponowane. Dobra ta salsa z ciemnych oliwek, pomyślała. To była jedyna myśl, jaka przyszła jej wtedy do głowy.

On przyglądał się, jak wyjęła z torebki telefon i zrobiła zdjęcie swojemu talerzowi. Wrzuciła je pospiesznie na Facebooka z komentarzem „Jemy pyszności i całujemy się”. Oznaczyła miejsce, w którym byli. Wiedział to, bo sprawdził w swoim telefonie. Trochę go to drażniło, ta jej dziewczęca niesforność. Denerwowało go słowo „pyszności”. Ale miała takie ładne ręce i uroczo kruszyła chleb. Wybaczył jej te „pyszności”, zapomniał zaraz.

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”. Mickiewicz. Mam nadzieję, że nie muszę tego dodawać. Nie obrażaj mnie, zaśmiała się. Wiesz, odparł, niektórzy przypisują ten tekst Koterskiemu.

Bał się tych wspólnych zakupów w supermarkecie. Pojechali jego oldsmobilem. Była sobota, południe. Cały parking przed galerią handlową był zapchany samochodami, a jego długie auto potrzebowało dwóch miejsc parkingowych. Kiedy krążył po placu z namalowanymi na asfalcie prostokątnymi miejscami, miał ochotę zaparkować w poprzek. Zburzyć ten kretyński porządek. Był zdenerwowany zakupami i złość wylewał zastępczo na kierowców i tych, którzy wymyślili parking. Dlaczego zgodził się na te zakupy, zastanawiał się. To stanowczo zbyt wcześnie. Nawet nie jedli jeszcze razem śniadania, zawsze jakaś poranna kawa w biegu i on o świcie wracał do siebie, żeby się przebrać przed pracą. A tymczasem wybrali się na wielkie zakupy, żeby wspólnie gotować kolację. Nie lubił gotowania. Nudziło go. Jego koledzy bardzo lubili, jak mawiali, pichcić, ale on nie. Prawdę mówiąc było mu raczej obojętne, co je. Kilka lat temu przestał jeść mięso. Wspinał się wtedy na ściance i chciał być lekki. Pomogło, a on szybko polubił ten sposób żywienia. Tutaj się zgadzali, ona także nie jadała mięsa. Ale przeglądała niezliczone kulinarne blogi, miała nawet w komputerze specjalny plik z przepisami, z którego powstałaby już trzytomowa książka kucharska. Opowiedziała mu o tym i o ulubionych przepisach. On zaś jadł cokolwiek, najchętniej w mieście. Nawet śniadania, czy raczej modne w tamtym czasie brancze, jadał w ulubionych bistrach. Także dlatego, że nie lubił jadać sam. A w bistrach o poranku, na wspólne śniadanie przy common table, zjawiała się cała masa samotników, takich jak on. Siedzieli przy wspólnym, wielkim stole (nierzadko robionym na zamówienie przez górali z Nowego Targu), wymieniali się gazetami i uwagami na temat serka ze szczypiorkiem. Z czasem poznał nawet ich imiona, byli jego śniadaniowymi przyjaciółmi. Dlatego sam nigdy nie pojechałby na zakupy do supermarketu. Nie pamięta, kiedy kupił taką ilość żywności, żeby zapełniła choć połowę jego lodówki. Jedyne na co miał teraz ochotę to czekolada z orzechami, piwo Warka Strong i chipsy. Wieczorem miała być Liga Mistrzów. Ale przecież ani o jednym, ani o drugim nie mógł jej powiedzieć.

Ona siedziała na siedzeniu obok i w milczeniu słuchała jego przekleństw. Nie było miejsca do parkowania. A więc w nim też to jest, pomyślała z żalem. Ten facet, który klnie na innych kierowców. Kiedy ich wyzywał, pluł na kierownicę. Widziała te małe krople. Zastanawiała się, po co wymyśliła wspólne gotowanie. Po co tyle mu naopowiadała o swoich kulinarnych fascynacjach i licznych przepisach gromadzonych w odpowiednim pliku. Przecież nie lubiła gotować. Nudziło ją to. Uważała sterczenie przez pół dnia przy kuchni za stratę czasu. Wolała pójść do jakiegoś bistro nawet na zwykłą kanapkę. Ale gotowała, bo tak wypadało. Wszyscy znajomi gotowali ładne i smaczne dania. Czuła, że gdyby tego nie robiła, zostałaby w jakiś sposób wykluczona i zlekceważona. Zaproponowała to gotowanie, bo chciała mu zaimponować, musiała to przyznać ze smutkiem. Niestety natychmiast przeszła jej do głowy makatka i hasło: „Przez żołądek do serca”. I jeszcze słowo „teściowa”. Była zła na siebie. Utknęła z nim w samochodzie na parkingu przed supermarketem. Jeździli powoli w kółko i szukali miejsca, a on klął. Wokół pełno było aut ludzi, którymi ona nigdy nie chciałaby się stać.

Patrzył na wielki druciany wózek, który pchał przed sobą. Gdyby chociaż znienacka do niego wskoczyła, mogliby zrobić wyścigi i coś rozpierdolić. Wszystko go swędziało od tych ludzi, klimatyzacji i jarzeniówek. Minął bez słowa półkę z chipsami. Podszedł do stoiska eco. Był to jeden mały regał, wykonany z surowego drewna. Na samym dole stały wiklinowe kosze z najmniejszymi i najbardziej krzywymi jabłkami, jakie kiedykolwiek widział. Były to także jabłka bardzo drogie. Pakowane po kilo do papierowych torebek. Nonszalancko wziął jedną z nich i włożył do koszyka. Uwielbiam te jabłka, powiedział. Są niepozorne, ale ten smak. Sama zobaczysz, przypomnisz sobie jak smakują prawdziwe jabłka. Ona w odwecie podeszła do stoiska ze świeżymi rybami i kupiła coś, co chyba było rybą i miało nazwę, jakiej nie umiała wypowiedzieć. Pokazała palcem, a sprzedawca jej to zważył i zapakował. Zrobiła zakup w afekcie, bo zirytowały ją jabłka. Kiedy wkładała morskie stworzenie do koszyka, zastanawiała się, po co to zrobiła i jak się teraz z tej ryby wyplącze. Przyszło jej nawet do głowy, żeby mu powiedzieć, że chce ją hodować w akwarium. Czuła się idiotycznie, kiedy tak szli między rzędami półek z AGD. Wiedziała, że on wie, że ta ryba to była pospolita zemsta. Czuła, że jest żenująca. Może dlatego zapakowała do koszyka pięć win po 150 złotych każde. Bardzo chciała się upić, ale przecież w tak uroczysty wieczór nie można było byle czym. Kiedy ładowała do koszyka wina, on zastanawiał się, czy będą płacić po połowie. Kupił pieczywo żytnie na zakwasie, najdroższe w sklepie. Kiedy znaleźli się w dziale serów, oboje poczuli, że mogą tego finansowo gorzko pożałować. Jednak nie było już odwrotu. Z nieprzeniknionymi jak przy pokerze minami wkładali do koszyka najdziwniejsze serowe okazy, jakie kiedykolwiek widzieli. On dołożył do tego ciemne winogrona, a ona nadziewane pomidorami oliwki. Kupili też bataty, granaty, roszponkę, limonki, pomidorki koktajlowe, bazylię, miętę, orzechy nerkowca i chipsy. On wrzucił je dla żartu do koszyka, a ona, ku jego zdziwieniu, chętnie się zgodziła. Rozochocony, zaproponował czteropak Warki Strong i ryzykancko napomknął o dzisiejszym meczu. Pochwaliła się, że wie, co to jest spalony i dołożyła drugi czteropak. Popatrzył na nią z nagłym zachwytem i dorzucił jeszcze dwie paczki chipsów. Pomyślał, że ten wieczór być może jednak nie będzie katastrofą. Jeszcze na parkingu zapytała go, czy nie będzie mu przeszkadzało, jeśli wyrzuci rybę do śmieci. Odparł, że przecież i tak oboje nie jedzą mięsa.

Dla niego ona była jak znikający snop światła, jaki daje latarka, kiedy się nią gwałtownie rusza. A on był jak kot, który za tym znikającym świetlnym punktem goni. Skacze jak w transie, przewracając książki, tłukąc wazon, spadając z półki. I nic sobie z tego nie robi, bo jedyne, czego pragnie, to złapać ten nieuchwytny punkt. Wiedział, że to niemądrze wygląda i robi z siebie idiotę. Czasem zastanawiał się, kto sobie tak z niego drwi, kto rusza tą latarką i pewnie ma ubaw.

Ona patrzyła ze zdumieniem, jak on za nią goni. Rozbrykany kot. Dziwiła się, bo przecież nigdzie nie uciekała. Czekała nieruchomo, kiedy ją złapie, a on ciągle chybiał. Ciągle ją gonił zupełnie nie w tych miejscach, w których na niego czekała.

Pojechali razem na wycieczkę rowerową. Ona na swoim miejskim rowerze za 300 złotych. Był koloru miętowego i miał przytwierdzony do kierownicy różowy dzwonek w kwiatki. Kupiła go w Paryżu, w przeliczeniu kosztował 800 złotych. On jechał na swoim czarnym holendrze, bardzo dostojnym, ale mało zwrotnym. Wanilia siedziała w jej koszyku. On miał przytwierdzone do bagażnika kosze piknikowe wyładowane winem, serami i owocami. Nie zjadła serów, od jakiegoś czasu była weganką. Upili się i w drodze powrotnej prowadzili rowery. Rozmawiali o protestach w Turcji. Nie wiedziałam, że rząd wybiera tam kobietom szminki. Powiedziała smutno. Chciałbym być prawdziwym rebeliantem, rozpierdolić coś. System. Może nawet coś mniejszego. Samochód dygnitarza. Odpowiedział.

Postanowienia i decyzje. Były ważne w ich życiu i było ich wiele. Także w życiu ich przyjaciół. Postanowienia i decyzje zastępowały ich realizację. Dawały ułudę ciągłego rozwoju. Ruchu. Postanawiali coś codziennie i z upodobaniem. Że skończą studia, że nigdy ich nie skończą, że rzucą pracę w korporacji, że wyjadą w Bieszczady i będą wyrabiać sery. Decydowali, że nigdy już nie zjedzą słodyczy i będą segregować śmieci. Że nie będą podnosić głowy i że za rok o tej porze ruszą w świat. Postanawiali oszczędzać na mieszkanie i chodzić codziennie na siłownię. Obiecywali sobie wierność i wzajemny szacunek, przyrzekali czytać więcej książek a mniej Internetu. Nigdy jednak nie realizowali swoich postanowień i decyzji. Nie mieli nawet takiego zamiaru. W świecie, gdzie wszystko zmieniało się zbyt szybko, nie było czasu na realizację. Zadowalali się więc rozkoszą samego podejmowania odważnych i mądrych decyzji.

Przytuliła się do niego i pogłaskała czule po głowie. Lubiła jego miękkie, płowe włosy, które były na tyle długie, że mogła je chwycić w garść, delikatnie i pieszczotliwie. Mógł je też zawadiacko rozczochrać wiatr. Lubiła jego włosy. Powiedziała mu to i zapytała, czy zrobić mu herbatę. On jednak milczał. Dopiero przy powtórnym pytaniu odpowiedział, że sobie zrobi sam. Wstał gwałtownie i wyszedł do kuchni, zostawiając ją nagą pod kocem. Patrzyła na jego oddalający się tyłek i była zdziwiona. Fala czułości zaczęła mieszać się ze złością. Co takiego powiedziała?

Był zły, chociaż usiłował tego nie zauważać. Robił sobie herbatę i próbował skupić się na tej czynności. Nie myśleć. Ale jednak wiedział, że zachował się głupio. Było mu wstyd. Wkurzyła go. Wkurzyła go tą nagłą uległością. Zdążył ją dobrze poznać i wiedział, że nie jest czułą dziewczynką, ale silną kobietą. Bał się jej trochę, cały czas czekał, kiedy spadnie na niego cios w postaci błyskotliwej uwagi, na którą będzie musiał zareagować równie inteligentną ripostą. Lubił ten sparing. A teraz, kiedy nagle proponuje mu herbatę, jest zbity z tropu. Nie wie, co ona kombinuje. Co za fortel szykuje.

Wciąż dyskutowali o sytuacji w Turcji. Na przełomie maja i czerwca wybuchły tam zamieszki. Wszystko zaczęło się od niewielkiej grupy społecznie zaangażowanych mieszkańców Stambułu, którzy koczowali w parku, pokojowo protestując przeciwko wycince starych drzew i budowie w tym miejscu supermarketu. Przepędziły ich służby, a wtedy coraz więcej ludzi zaczęło wychodzić na ulicę. Doszło do ogólnokrajowego gigantycznego protestu. Fala niezadowolonych z działań rządu Turków wyszła z domów, by dostawać w twarz gazem łzawiącym, dać się bić i kopać. Protestowali przeciwko pogardzie rządu dla ich potrzeb i stylu życia. Niektórzy mówili, że chodziło o zbytnią islamizację kraju, ale przecież wszystko zaczęło się od protestu przeciwko kolejnemu sklepowi. Niezgoda na wciskany na siłę konsumpcyjny styl życia łączyła się z niezgodą na zakaz sprzedaży alkoholu. Wpieranie sztywnych zasad religijnych przeszkadzało na równi z wpieraniem kolejnych świecidełek. Jedno i drugie godziło w wolność i nie pomagało w budowaniu pełnego sensu i uwagi życia. Ludzie na całym świecie obserwowali ten protest, kibicując Turkom i żywo się z nimi utożsamiając.

Oni także śledzili losy protestantów, głównie w Internecie. Jej w pamięć zapadła seria zdjęć kobiety w czerwonej sukience, której policjant bez żadnej przyczyny prysnął w twarz gazem. Wszyscy ogłosili tę sukienkę symbolem tureckiej nowoczesności. Spierali się. On uważał, że chodzi o islam, agresywną, fundamentalną religię, która produkuje śmierć i nienawiść. Ona tłumaczyła, że nie jest winna religia, a islam nie ma niczego wspólnego z przemocą. Winni są ludzie. Brali udział w licznych protestach i akcjach poparcia na Facebooku. Wysyłali sobie nawzajem wzruszające zdjęcia z tureckich ulic, które ściągali z serwisów prasowych. Zazdrościli Turkom. Chcieliby wyjść na ulicę i mierzyć się z groźną policją. Śmiać się w twarz funkcjonariuszom i śpiewać pokojowe piosenki, całować się i rozdawać potrzebującym kanapki z łososiem. Chodzili co prawda na parady równości i wszelkie zgromadzenia, dzięki którym mogli manifestować swoją tęsknotę za liberalną, tolerancyjną Polską, ale to wszystko było mało. To były ledwie namiastki prawdziwego protestu. Dziwnym trafem to właśnie Turkom udało się wyrazić sprzeciw ludzi Zachodu. Zmęczenie polityką, rządami, religią, wpieraniem głupot i ograniczaniem wolności w białych rękawiczkach. Dziwnym trafem to turecka dziewczyna w czerwonej sukience poruszyła w Polakach uśpioną narodowowyzwoleńczą strunę. Ludzkość jest wkurwiona, powiedział, czytając serwis informacyjny na tablecie. To nie może trwać wiecznie. Coś się w końcu musi zmienić, mówię ci, odpowiedziała, popijając herbatę Rooibos.

Kiedy jestem sam, jem zupełnie inaczej, powiedział jej. Wracam do mojego pustego domu. Późno. Lubię ryby, wiesz o tym. Po drodze kupuję często dorsza. Piekę go w piekarniku i pożeram. Dosłownie. Palcami. Nalewam sobie wódki do szklanki i popijam. Czasem jeszcze palę papierosa. Na koniec ocieram dłonie o koszulkę. Oczywiście piorę ją potem. Ale wtedy żrę. Rozumiesz? A kiedy jestem z tobą, i jemy, to jest to uczta.

Desperacko potrzebowali rytuałów, ale o tym nie wiedzieli. Psioczyli na codzienne spacery z Wanilią, ale kiedy była jego kolej, ona patrzyła smutno przez okno i nie wiedziała, co z sobą zrobić. Chciała za nim biec, wyrwać mu smycz i powiedzieć, że to jej pies i jej spacer. Pewnie to przez te rytuały co sobotę, o świcie, jeździli na targ warzywny na drugą stronę miasta. Był bardzo modny. Okoliczni rolnicy z miejscowymi ekologami, którzy zwykli prać swoje ubrania w kasztanach, sprzedawali na nim owoce, warzywa, ale też domowej roboty hummus, nalewki z aronii, bezcukrowe dżemy z wiśni, olej z czarnuszki czy pastę z bakłażana z orzechami. Ją szczególnie wzruszali prawdziwi rolnicy. Mieli czyste ręce, chociaż w linie papilarne na zawsze wcisnęła się ziemia, podobnie pod paznokcie. Dlatego ich dłonie sprawiały wrażenie niedomytych, ale byli czyściutcy. I niewinni. Tak myślała, patrząc na ich odświętne kołnierzyki, wystające ze swetrów, niezależnie od pogody. Mieli zawsze dużo zmarszczek i wyglądali jak właśni dziadkowie. Byli jak przybysze z obcej ale przyjaznej planety, na której wszyscy są łagodni i jedzą rośliny. On wolał kupować wyroby miejskich, designerskich ekologów. Nie lubił wsi, bo sam z niej pochodził. Ale sprawiało mu przyjemność rozmawianie z rówieśnikami, którzy co sobota sprzedawali pomidory wyhodowane własnoręcznie na dachu swojego bloku. Było ich niewiele i nie były pryskane.

Przychodzili na ten targ co sobota o ósmej rano i polowali na zdobycze. Cieszyli się zapachem zielonej pietruszki i kolorem bakłażana. Czasem prawie niczego nie kupowali, ale jakaś siła kazała im zrywać się z łóżka o świcie i jechać przez całe miasto. Nawet jeśli dwie godziny wcześniej wrócili z imprezy i byli na kacu, lub, jeszcze częściej, byli jeszcze pijani. Ta siła to była potrzeba rytuału. Czegoś stałego i niezmiennego w ich życiu.

Może to właśnie ta potrzeba wypychała ich wieczorami z domu co piątek lub sobotę do klubów, pubów, knajp, gdzie pili alkohol, palili papierosy w miejscach dozwolonych (w 2013 roku nie wolno już było palić w lokalach, chyba że w miejscach specjalnie wydzielonych) i palili w ukryciu jointy. Marihuana była powszechnie używana, podobnie koks. Skręty paliło się w domach przed wyjściem do miasta albo w ciemnych bramach, a czasem zupełnie bezczelnie na ulicy. Koks wciągało się w toalecie. Nikt nie miał poczucia, że robi coś nielegalnego, tak bardzo powszechne były te używki.

Całe miasta wychodziły o tej samej porze z domów. Zostawali w nich jedynie ci, którzy musieli opiekować się dziećmi, ale tych nie było w owym czasie w Polsce tak wielu. W każdym razie nie wśród ich przyjaciół. Oni wszyscy wychodzili, by się bawić i mieć o czym opowiadać sobie nawzajem przez następny tydzień. W niedzielę mieli kaca i w takim stanie jechali na warzywny targ. Przy odrobinie szczęścia spotykali tam znajomych z poprzedniej nocy i wspólnie, przy salwach śmiechu i uderzeniach dłonią w czoło, rozprawiali z dumą o wszystkich głupstwach, jakie porobili, a czasem pokazywali sobie te swoje wyczyny w komórkach, w postaci zdjęć lub krótkich filmików.

To wszystko jednak nie wystarczało, bo nie mieli najważniejszego rytuału. Tego, który unicestwiałby ich jako dzieci i stwarzał jako dorosłą kobietę i dorosłego mężczyznę. Zazdrościliby Indianom, gdyby tylko byli tego świadomi. Indiańska tradycja każe zmieniać zupełnie sposób ubierania się, a nawet imię, gdy przechodzi się do kolejnego etapu w życiu. A oni wciąż się tak samo nazywali i nosili rzeczy kupowane w sklepach z młodzieżową modą.

Bywało, że nie widzieli się przez kilka dni, a nawet dwa tygodnie. Codziennie wysyłali sobie SMS-y i rozmawiali na Facebooku. Wrzucali na swoje tablice znaczące cytaty i zdjęcia, swego rodzaju zaszyfrowane komunikaty, których prawdziwy przekaz rozumieli jedynie oni. Mieli poczucie, że przebywają z sobą cały czas. Że znają się coraz lepiej, a ich związek kwitnie. Zasypiali z telefonem pod poduszką.

Wpadła jej w ręce niewielkich rozmiarów książeczka Pereca „Rzeczy”. Czytała z ciekawością. Wieczorem poszli do znajomych na kolację. Przy stole siedziały cztery pary, nie wszyscy się znali, ale szybko znaleźli wspólny język. Byli w podobnym wieku, pracowali w podobnych korporacjach i żyli w podobny sposób. Jedna z par nie tylko wynajmowała mieszkanie, ale miała nawet współlokatorów. Powiedzieli, że żyją w ekskluzywnej komunie. Mieszkanie jest duże, w starej kamienicy. Każdy współlokator dobrze zarabia, ale gdyby chciał kupić mieszkanie na kredyt (mieszkanie, nie dziuplę, podkreślili) to musiałby zrezygnować z corocznych egzotycznych wakacji, złotej karty na siłownię i osobistego trenera, weekendowych wypadów do restauracji, nie wspominając o dobrych ciuchach, perfumach, samochodzie. Woleli tymczasowy luksus od stabilnego zadłużenia aż do śmierci. W zasadzie wszyscy siedzący przy stole popierali ten wybór, choć wielu ich rówieśników zadłużyło się i spłacało raty za swoje, zwykle nieduże, jedno- lub dwupokojowe mieszkanie. Oni jednak tego nie popierali. Chcieli żyć dobrze i wygodnie. Tu i teraz. Nie wierzyli w Boga i nie wierzyli w to, co będą robić za dwadzieścia lat. Wieczór był udany, wszyscy doskonale się rozumieli i popierali nawzajem swoje poglądy. Wtedy ona przypomniała sobie fragment książki. Wyjęła ją z torebki i przeczytała: „Długo nie wstawali od stołu. Mówili o sobie i o świecie, o wszystkim i o niczym, o swoich upodobaniach, ambicjach. Wychodzili na miasto w poszukiwaniu jedynego nocnego lokalu, jaki się tam z reguły znajdował i do późna w nocy, przy kieliszku whisky, koniaku lub dżinu z wodą mineralną, mówili z wylewnością niemal rytualną o miłościach, pragnieniach, podróżach, antypatiach, entuzjazmach, nie zdziwieni, ale raczej zachwyceni podobieństwem swoich dziejów oraz identycznością poglądów”. Ty nas o coś oskarżasz? Zapytał ją, kiedy skończyła, grubszy chłopak z lokalnej telewizji.

Być może wszystko to, co im się przydarzyło, można sprowadzić do tamtego popołudnia. Siedzieli ma murku, obok przystanku, i czekali na tramwaj. To była leniwa niedziela, słońce grzało na tyle, by mieli ciepłe ciała, a trawa i drzewa barwę soczystej zieleni, która pachnie co roku tak samo. Objął ją, a ona oparła mu głowę na ramieniu. Tramwaj się spóźniał.

Chcesz mieć ze mną dzieci? Nic nie odpowiedział. Głupie pytanie. Zawstydziła się. A on się zastanawiał, kiedy milczał, co wzięła za odmowę. Chciał być ojcem. Ale nie miał mieszkania, ani rodzinnego auta, tylko oldsmobila, który strasznie dużo palił. Już wystarczająco wiele uwagi pochłaniała suczka Wanilia. Trzeba było wychodzić z nią na spacer i zbierać po niej kupy.

Nie widział jej już dwa dni. Była zapracowana. Nie umiał się skupić. Rozglądał się, jakby zaraz miała wejść do jego mieszkania. Ale nie wchodziła. Siłą woli powstrzymywał się, żeby do niej nie zadzwonić. Uważał, że byłby mięczakiem. Nie wolno się za bardzo spoufalać. Wtedy to już będzie związek, a kiedy się rozpadnie, on zacznie znowu dużo pić. Nie wolno mu.

Siedziała w salonie manikiuru i pedikiuru. Była umówiona punktualnie na 17:00, ale miła brunetka kazała jej chwilę poczekać. Czekała więc i patrzyła jak około piętnastu dziewczyn, z których żadna z pewnością nie przekroczyła trzydziestki, pochyla się z pokorą nad stopami i dłońmi innych kobiet. Wszystkie mają białe fartuszki i gumowe rękawiczki. Najczęściej też starannie związane gumką włosy. Nie wiedzieć dlaczego, głównie farbowane na czarno. I zadbane. Pracowały w ciszy, dla której transparentnym tłem była muzyka z wciąż wtedy najchętniej słuchanej stacji radiowej RMF FM, w której słuchać można było głównie reklam i utworów muzycznych śpiewanych przez dziewczyny, które na co dzień robią chórki w tych reklamach. Aż jedna z pracownic odezwała się. Powiedziała, że pojechała dzisiaj tramwajem o jeden przystanek za daleko, tak się zaczytała w książce. Był to romans. Inne dziewczyny ożywiły się, a z rozmowy jasno wynikało, że, poza romansami, najlepszymi książkami są kryminały. Bo i te, i te bardzo wciągają. Boże ty mój, pomyślała, są na tym świecie jeszcze dziewczyny podobne do tych z mojej podstawówki. W pracy myją ludziom stopy, wciąż zgarbione, a wieczorami marzą o tym, by wyjść za mąż. Rozejrzała się. Obok inne trzy kobiety czekały tak jak ona. Miały zupełnie bezmyślne twarze i po prostu patrzyły przed siebie. Trwało to już dosyć długo, ta ich hipnoza. Mój Boże, pomyślała znowu, są jeszcze ludzie, którzy mają na tyle dużo czasu, żeby bezmyślnie siedzieć.

Patrzyła na swoje paznokcie. Były czerwone. Od lakieru. Pierwszy raz poszła na manikiur. Zawsze wiedziała, że ma ładne dłonie, ale nie sądziła, że mogą być aż tak eleganckie. Dziwnie się czuła, te paznokcie zrobiły z niej kobietę. Wcześniej była dziewczyną, w lnianych spodniach, koszulkach na ramiączkach i balerinkach. Teraz jest kobietą z eleganckimi dłońmi, w sandałach na obcasie i letniej sukience. Poczuła się staro.

Nie mógł przestać na nią patrzeć. Wyglądała tak, jak do tej pory mu się śniła. Kobieca, przepiękna. Kiedy usiadła przy stoliku, zobaczył, że ma czerwone paznokcie. Chciał polizać jej palce.

Spotkał ją na stacji benzynowej. Kupowała gazetę i hot-doga, a on płacił za benzynę. Obcięła włosy. Zdenerwował się, zapomniał, jaki ma PIN. Właściwie chciał się jakoś ukryć między tymi batonikami i gumami do żucia, ale zauważyła go i tak. Nic się nie zmieniłeś. Powiedziała. Ty też, odpowiedział odruchowo, chociaż przecież obcięła włosy i wyglądała inaczej. Nie chciał z nią rozmawiać. Musiał silić się na obojętną życzliwość, żeby nie pomyślała, jak bardzo dalej jest na nią wkurwiony. Za to wszystko, co mu zrobiła. Za cały ten ból. Jak mogła go porzucić? Po co? Kto jej na to pozwolił? Na pierwszym roku studiów był jeszcze w stanie naprawdę kogoś pokochać i oddał jej cały zapas swojej durnej naiwności, a ona go wzięła, przeżuła i wypluła. Pomyślał, że pewnie wyglądają teraz jak w kadrze komiksu. Kilka lat temu w Polsce była jedna dosyć znana rysowniczka o nazwie Endo. Rysowała samą siebie i różne swoje perypetie, na przykład, że nie lubi znanej aktorki, która odbiła jej chłopaka, z którym zaszła w ciążę. Czuję się jak Endo, myślał i czuł się upokorzony. Przecież był facetem, powinien czuć się jak superman z komiksu, a nie baba ze swoich babskich rysowanek. Skłamał, że bardzo się spieszy, bo za tydzień bierze ślub i ma dużo spraw do załatwienia. Kiedy wsiadał do samochodu, myślał o tym, że sprytnie udała obojętność, jakby zupełnie nie obchodziło jej, że ktoś inny będzie jego żoną.

Ja też lubię patrzeć na dziewczyny w tych kolorowych fartuszkach, powiedział do kolegi i wypuścił dym z ust. Siedzieli u niej w kuchni. Robiła im śniadanie. Smażyła racuchy. Była odwrócona tyłem i ubrana w kuchenny fartuch w kwiatki. On patrzył na jej pośladki. Miała na sobie tylko ten fartuch, majtki i T-shirt. Dopiero wstali. Zazdroszczę ci, człowieku, zwierzył się kolega. Moja kobieta nigdy nie robi mi śniadań. Dodał. Moja też zwykle nie. Teraz robi dla ciebie. Wcale nie jest takim ideałem, na jaki wygląda. Poza tym jest najstarszą kobietą, jaką miałem. Zawsze umawiałem się z młodszymi od siebie. Dużo młodszymi. Taka młoda to wiesz, zrobi wszystko, co zechcesz. Myśli to, co ty myślisz. Jesteś dla niej bogiem. A dla takiej, co ma te swoje 35 lat, to już wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Ona ma swoje zdanie, wiesz, stary. Urwał, bo ona wrzuciła patelnię pełną racuchów do kosza na śmieci i bez słowa wyszła z kuchni. Zamknęła się w sypialni. On wiedział, że płacze, ale nie wstał i nie poszedł do niej. Wiedział też, że za dużo poprzedniej nocy wypili, że wciąż jeszcze jest pijany, że ma biały język i pieprzy głupoty. Uśmiechnął się do kumpla błogim uśmiechem. To co, wyjmiemy te racuchy?

Rozstali się po raz pierwszy. Wyrzuciła do zsypu wszystkie rzeczy, które u niej miał. Wyrzuciła go także z Facebooka, skasowała jego numer telefonu i wypiła butelkę wina z koleżanką gdzieś na mieście. Kiedy wracała późnym wieczorem, czekał przed klatką schodową. Wyglądał jak łysy kot.

Oglądała w Internecie dużo zdjęć kobiet. Wrzucała na Facebooka te, które oddawały jej aktualny stan. Kobieta pijąca w słońcu kawę, kobieta leżąca skulona na łóżku, naga kobieta w seksualnej pozie. Któregoś dnia on powiedział, że coś go od pewnego czasu mocno dręczy. Miał poważną minę i był zakłopotany. W końcu zapytał ją, czy jest lesbijką.

W pokoju było ciemno. Siedział na łóżku, a ona stała przed nim. Rozebrał ją już prawie całkiem, jak lalkę. Niech ci się przyjrzę, mruczał pod nosem. Powoli, jak matka, zdjął jej majtki, podniosła najpierw lewą, potem prawą nogę.

To dziwne, ale nigdy o tym nie mówili. Jakby wcale nie było tamtego ustroju, jakby go nie pamiętali. Czasem tylko na Facebooku znaleźli zabawne zdjęcie z Misiem Uszatkiem albo kolorową wodą w woreczku. Wtedy na chwilę wpadali w nostalgiczny nastrój i klikali „lubię to”.

Ale tamtego wieczoru było inaczej. Zaczęło się niewinnie. Siedzieli w jej mieszkaniu i patrzyli na stół, na którym niemo stały zdrowe przekąski i wino. Czekali na znajomą parę (jej koleżanka z pracy z nowym narzeczonym, nie lubiła ani jej, ani jego), ale całe szczęście nie przyszli. Wysłali SMS-a, że pochorował im się kot. Odetchnęli z ulgą, ale coś trzeba było zrobić z owiniętymi w sałatę szparagami i jajkami nadziewanymi łososiem. Nie byli głodni, wszystko wyrzucili. Nie pogardzili jednak czterema butelkami czerwonego wina. Kiedy otwierali pierwsze, zauważyli, że w mieszkaniu panuje przytłaczająca cisza. Zwykle nie słuchali wspólnie muzyki, każde z nich miało swoją playlistę w swoim laptopie, telefonie i iPadzie, i swoje słuchawki. Każde zwykle słuchało muzyki w pracy lub w swoim mieszkaniu, samotnie. Gdy byli razem, włączali często radio, żeby coś sączyło się w tle. A jeszcze częściej niczego nie słuchali. To chyba różniło ich od większości rówieśników. Może działo się tak dlatego, że mieli zupełnie odmiennie gusty muzyczne. Tamtego wieczoru jednak cisza domagała się wypełnienia. Włączyli jej laptopa i zaczęli buszować w You Tubie. Każde z nich miało tam swoje konto i listę ulubionych teledysków. W owym czasie obrazki były czasem nawet ważniejsze od samej muzyki i niejeden miał swoje ulubione klipy, z którymi mocno się utożsamiał. Były one skrótowe, kolorowe i szybko montowane. Z ładnymi, młodymi ludźmi. Wtedy, przez całą noc, słuchali szeleszczących punkowych piosenek o tym, że „znów kolejna małolata ręce mi we włosy wplata” i oglądali brzydkie teledyski z muzykami o bardzo dziwnych fryzurach. Rano mieli kaca.

Wstydził się swoich rodziców. Zrozumiała to, kiedy pojechali do jego domu rodzinnego, na wieś.

W ogóle w 2013 roku dwudziesto- i trzydziestolatkowie wstydzili się dziwnych rzeczy. Najbardziej czułości. Czułość to było słowo zaraza. W ogóle wszelkie realne przejawy życia emocjonalnego budziły w owym czasie grozę, a jednocześnie hołubiono powszechnie slogan (szczególnie kobiety, mężczyźni rzadziej się do tego przyznawali) „I don’t want realism, I want magic!”. Przy tym wszystkim najwyższe uznanie budziła postawa wyrażana prościutkimi hasłami, których nie powinien wstydzić się przeciętny dwunastolatek: „Jestem zła i zepsuta”, „Może pójdę do piekła, ale tam są wszyscy moi przyjaciele”. Te groźne i puste pohukiwania służyły wzajemnemu robieniu na sobie wrażenia. Zastępowały taniec godowy, a także pozwalały w tłumie odnaleźć swoich sprzymierzeńców. Dużą karierę robiły także cytaty z Woody`ego Allena.

Kiedy zatrzymał samochód przed swoim rodzinnym domem, zrozumiała, że do tej pory wcale go nie znała. To był solidny poniemiecki dom, zbudowany z czerwonej cegły, ale bardzo zniszczony. Spomiędzy cegieł wystawała zielona, a miejscami zeschnięta, żółtobura trawa. Na podwórku stał stary traktor bez jednego koła, taczki, stary maluch, którego prawie całkiem już pożarła rdza. Ujadał przywiązany łańcuchem do budy czarny pies. Pod siatką okalająca dom nie było nawet jednego kwiatka, wszędzie wydeptana trawa i błoto. Za domem stała drewniana stodoła, i chlew, słyszała chrząkające świnie. Jego dom rodzinny był tak drastycznie różny od niego samego, że przez chwilę podejrzewała go o głupi dowcip. Zaraz powie żartowałem i podjadą przed biały, mocno przeszklony dom z wybrukowanym podjazdem, położony wśród drzew i zasilany ekologiczną energią słoneczną. Nic takiego się nie stało. Z domu wyszła rumiana kobieta w brązowej garsonce, z krótkimi, zaczesanymi na bok siwiejącymi włosami. Synku! Zawołała i wyciągnęła do niego ramiona. Miała na palcu złotą obrączkę. Obejmowała go mocno, a on poddawał się temu, z trudem kryjąc zniecierpliwienie i wstyd. Zastanawiał się, co ona teraz myśli. Nie uprzedził jej, że pochodzi z wiejskiej rodziny, powiedział tylko, że matka mieszka w domu za miastem. Chciał jej powiedzieć, ale nie bardzo wiedział jak. Nie chciał, by sądziła, że się przed nią tłumaczy, że się wstydzi, a na pewno tak by to odebrała. Postanowił poczekać, aż sama wszystko zobaczy. Teraz, kiedy stał w objęciach swojej krzepkiej matki, bał się spojrzeć na swoją dziewczynę. Czuł, że patrzy na to wszystko zdumiona. Czy już nim gardziła? Czy już planowała, że rzuci go, kiedy tylko wrócą do miasta? Bardzo wstydził się swojego domu. Pokazanie go jej było aktem największej odwagi i próby. Jeśli teraz ich związek przetrwa, to przetrwa wszystko. Tak wtedy myślał, sparaliżowany wstydem.

Ona była zachwycona. Nagle poczuła do niego miłość większą niż kiedykolwiek. Poczuła, że teraz wreszcie widzi go prawdziwego, że wreszcie się odsłonił. I ta jego nagość i bezbronność zachwyciły ją tak, że chciała się rozpłakać. Do tej pory wzbudzał w niej wszystkie uczucia, ale nigdy czułość. Był zbyt idealny, zbyt opanowany, punktualny i modny, by czułość mogła do niego pasować. Ale kiedy jego matka pokazywała jej czarno-białe zdjęcia, na których bawił się ze świniami, taplał w błocie i radośnie jadł pierogi, nareszcie stał się dla niej ludzki. W kuchni wisiało monidło, a jego mama robiła serwetki na szydełku. Dała jej jedną, mimo jego protestów.

Zostali do wieczora. Matka zabrała ją nawet na spacer po wsi. Weszły do kościoła. To był stary drewniany kościół, bez cienia wszechobecnego w nowoczesnych budowlach kiczu. Pachniało kadzidłem. Ona nie pamiętała, kiedy ostatnio była w kościele. Nie wierzyła w katolickiego Boga i nie lubiła księży. Ale w tym kościele trochę pożałowała, że w niego nie wierzy. Także, kiedy stała nad grobem jego ojca i widziała jak jego matka skrupulatnie wyciera dzbanek z kwiatkami, bo był zakurzony.

Kiedy wsiadała do samochodu, matka objęła ją nawet mocniej, niż jego na przywitanie. Powiedziała, że chciałaby mieć taką synową i wnuki. Otarła łzy. Jechali cała drogę powrotną w ciszy. Kiedy zaczęła mówić o jego matce poprosił, żeby przestała. Wstyd niemal go sparaliżował, prowadził samochód sztywny jak manekin. Patrzył przed siebie. Był pewien, że się skompromitował, oceniał ten dzień jako jeden z najgorszych w życiu i nie rozumiał, dlaczego wpadł na ten pomysł, by zabrać ją do matki na urodziny. Ona prosiła, a on uległ, jak idiota. Ona siedziała obok w milczeniu, pełna wielkiej, czułej miłości do niego. A on nic o tym nie wiedział.

Była na siebie zła. Każdego dnia odrobinę bardziej. Wiedziała, że kiedy ludzie się z sobą wiążą, zmieniają się. Gną, dopasowują do siebie i upodabniają jak pies do pana. Ona była psem. Widziała, że on jest wciąż taki sam, jest nawet bardziej sobą każdego dnia. Pokazuje jej coraz wyraźniej, jaki jest i jakie zasady rządzą jego życiem. Te zasady miały być teraz ich wspólnymi. Na przykład, że ona jest kobietą. To była zasada. Że to oznacza coś bardzo konkretnego. Opiekuńczość, czułość, troskę o niego. Miękkość. Środek. Nie wolno się za głośno śmiać. Wiedziała o tym, bo krzywił się, kiedy wybuchała śmiechem. Jakby tym skrzywieniem chciał ją uciszyć. I uciszył ją. Siedziała w sukience, z paznokciami, z prostym kręgosłupem i śmiała się umiarkowanie. Jak to jest możliwe, że dała się tak urobić jego minom? Przecież nie powiedział nawet słowa, a zrobił z niej kobietę. Najbardziej upokarzające było to, że jej się bycie tą kobietą podobało. Chciała być dla niego, chciała, żeby był zadowolony.

Podobało mu się to, że okrzepła. Stała się miękka, ładna i kobieca. Rudy kolor włosów przefarbowała na neutralny blond. Była ładniejsza, niż kiedy ją poznał. Mniej skrzecząca, bardziej obła. Kochał ją jeszcze bardziej i wiedział, że zrobiłby dla tej kobiety wszystko. Wiedział to i nie lubił tego. Kiedy prosiła go o coś, co sama mogłaby zrobić, natychmiast się poddawał. Pomagał, naprawiał, przynosił. I cieszył się jak psiak z nagrody. Z tego dziękuję, jesteś słodki, z tego pocałunku, z tego jej rozwalającego uśmiechu. Czuł, że merda ogonem. To było obrzydliwe.

Odłożyła kubek z kawą na stół w kuchni. Uderzył mocno o blat. Podeszła do patery z owocami, wzięła jabłko, zaczęła je zachłannie gryźć. Była już spóźniona do pracy. Myślała o dzisiejszym dniu, robiła w myślach listę spraw do załatwienia. Podrapała się po lewej piersi. On patrzył na nią z dezaprobatą. Potem uśmiechnął się ciepło, jak ojciec do niesfornej córki, która znowu zrobiła jakieś głupstwo. Wyglądasz jak rumuńskie dziecko, ocenił jej wymięte włosy i rozchełstany T-shirt, w którym spała. Nie miała na sobie majtek, sam jej je zdjął w nocy. Nie umiała ocenić, czy mówi to życzliwie, czy jadowicie. Miał tę zdolność jednoczesnego chwalenia i wyśmiewania. Zawsze ją to gubiło. Wyszła z kuchni bez słowa. Poszła do łazienki. Uczesała włosy. Potem siedziała tam pół godziny i malowała starannie paznokcie. Wiedziała, że w pracy będzie awantura.

On jadł równo ukrojone kromki chleba, pił kawę i patrzył przez okno. Sam siebie przekonywał, że powiedział o tym rumuńskim dziecku z czułością. Ale to była nieprawda i dobrze wiedział, że właśnie usiłuje zamydlić sobie oczy. Powiedział tak, bo denerwował go jej widok rankiem. Zawsze była wygnieciona, nieuczesana i miała kropelki potu nad górną wargą. Wiedział, że to irracjonalne, ale chciał, żeby wstając z łóżka, była elegancka. Przez chwilę nawet rozważał, czy nie poprosić, żeby wstawała przed nim. Żeby nie musiał jej takiej oglądać.

Przyszedł po nią do pracy. Zajrzeli do nowego bistro na koktajl z samych zielonych warzyw i owoców, i pokłócili się o okulary. Ray Bany były wtedy już tak wyświechtanym gadżetem, że aż wstyd było o nich mówić, a co dopiero je nosić. Jemu się jednak podobały i siedział ostentacyjnie w swoich niebieskich Ray Banach. Ją to zdenerwowało. Wyglądał jak niemodny piętnastolatek. Do tego te jego chude barki i długie, cienkie ramiona. Mógłby zmężnieć. Pomyślała. Zdejmij te okulary, proszę cię. Powiedziała.

Nie wyspałeś się? Wyglądał na starego i zmęczonego. Miał podkrążone oczy. Nie. Byłem bardzo zajęty w nocy. Co robiłeś? Patrzyłem na ciebie, jak śpisz. I słuchałem jak oddychasz. Uśmiechnęła się. Kiedy wieczorem szli do kina, zapytała, czy naprawdę na nią patrzył, kiedy spała. Naprawdę. Odparł. Wiem, że to brzmi fanatycznie. Ale też fajnie.

Prowokował ją, żeby była uległa. Mówił wprost, że lubi, kiedy kobieta jest posłuszna. Ona się śmiała, ale wiedziała, że to nie jest żart. Mówiła mu, że jego niedoczekanie, a potem nieoczekiwanie bezradniała. I musiał jej pomagać wypełnić PIT. Dziwiła się sobie, że jej się to podobało. Ale jemu się nie podobało. Był rozczarowany jej niezaradnością.

Kochali się. A kiedy się kochali, ona zawsze czuła tę jego miłość. Kiedy dobrze się z nim kochała, wiedziała, że on ją kocha. To były te chwile pewności, chwile jego mocnego chwytu na jej ramionach i zaraz potem delikatnego dotyku jej policzka. Całował ją czule w czoło. Przykrywał, kiedy leżała wtulona w niego. Chronił ją w swoich długich ramionach. Ona leżała z nim i wokół była szarość.

Tak tego w sobie nie lubiła. I wiedziała, że tak będzie. Że zacznie łapać jego nastroje. Był zły, a ona zaraz traciła humor. Choć nie był zły na nią i nic jej to miało nie obchodzić, bo przecież chciało jej się śpiewać, tak było miło. Właśnie w ten sposób zaczyna się więzienie, taka jest ta pułapka. Kurwa, pomyślała.

Była zadowolona, kiedy ten młodszy o dziesięć lat chłopak ją podrywał. Siedziała z koleżanką w barze na stacji benzynowej. Piły niedobrą, ale dużą kawę. Były w służbowej podróży. Kiedy ten chłopak i jego kolega dosiedli się i kiedy położył rękę na jej kolanie, zdała sobie sprawę, że dawno już tak dobrze się nie czuła. Nie odebrała telefonu od niego. Nie miała ochoty z nim rozmawiać. Za duży ciężar. Tyle ich już łączyło. Dzwonił, żeby ustalić, czy ma rezerwować kwaterę w górach na weekend. Nie chciała podejmować tych wszystkich decyzji. Denerwowało ją, że wszystko musi z nią ustalać. Jak dziecko. Napisała SMS-a: „Telefon mi zaraz padnie. Zadzwonię juto”.

Masz bardzo ładnie ogolone nogi, powiedział. I dodał, patrząc na jej przedramię: Skąd masz tego siniaka? To dziwna prawidłowość, ale niemal wszyscy mężczyźni, kiedy podoba im się kobieta, mają niemożliwą do odparcia potrzebę mówienia jej, co jest tak i co jest nie tak z jej wyglądem. Zdradzają się tym samym z zainteresowaniem jej osobą. Analizują nieustająco za i przeciw, skanują każdy centymetr jej ciała, szukając możliwości do zachwytu i przyczyn niezadowolenia czy nawet odrazy. I z jakiegoś organicznego powodu muszą natychmiast podzielić się swoimi spostrzeżeniami. Masz rzęsę na policzku, dodał, nie wiadomo, z zachwytem czy naganą.

Tamtego dnia zdradził ją po raz pierwszy. W pracy. W gabinecie szefa. Szef wyjechał na kilka dni, wiadomo było, że nikt nie wejdzie. To była młoda stażystka. Od początku patrzyła na niego jak aktorka porno. Widział to doskonale, ale wiedział też, że najbardziej podoba jej się w nim to, że jest jej bezpośrednim przełożonym i to od niego zależy, czy po stażu przyjmą ją na etat. Tamtego dnia był rozdrażniony i niewyspany, a ona położyła mu ten kubek z kawą na biurku i dotknęła przy tym niechcący, a przecież chcący, jego ręki. Zerżną ją, żeby się zrelaksować. Podobało mu się, że po wszystkim patrzyła na niego z jeszcze większym uwielbieniem.

Podobno to wszystko przez to, że żyjemy teraz tak długo.

Tamtej nocy kochali się. On był zadowolony, więcej, był w ekstazie. Mieli razem orgazm. Znowu. Usnęli, wtuleni w siebie. Przebudziła się po paru godzinach. On leżał na wznak, a ona skulona z boku łóżka. Przysunęła się do niego. Wtuliła się w jego ciało. Poprosił, żeby się odsunęła, że mu niewygodnie. Myślała, że żartuje i wtuliła się jeszcze mocniej. Jedną ręką złapał ją za szyję i odsunął od siebie na odległość ramienia. Odwrócił się na bok tak, żeby nie dotykać jej nawet piętą.

W pracy siedział przy biurku z wyprostowanymi plecami i nic nie robił. Patrzył na ekran laptopa i myślał o niej. O nich. To wszystko dzieje się za szybko i pewnie do niczego nie prowadzi. Tyle wysiłku. Trzeba będzie robić jej śniadania, wydawać pieniądze na wspólne obiady, wakacje, kino. Potem ona będzie chciała z nim zamieszkać i trzeba będzie kupić albo przynajmniej wynająć mieszkanie. Żmudna przeprowadzka. Dużo pieniędzy, dużo czasu. I potem co. Ona będzie chciała wziąć ślub. Nie ma mowy. Dziecko, już kiedyś o tym wspominała. Jak był mały, to zawsze chciał mieć rodzinę, to takie męskie, jak posiadanie skrzynki z narzędziami. Ale czy potrafi. Czy to dla niego nie za dużo. Czy jest już wystarczająco dorosły.

Podaj mi oliwę, proszę. Powiedział to zwyczajnie, a ona zwyczajnie mu ją podała. Siedzieli w miłej restauracji, przez czystą szybę widzieli przyjemnych dla oka ludzi, sunących w różne strony pod parasolami. Jedli. Nie mówili wiele, a to dobry prognostyk. Jedzenie było naprawdę dobre. Prawdziwa kuchnia włoska, pomidory chyba przyleciały rano samolotem z okolic Sieny, były dokładnie tak soczyste i pomidorowe, jak powinny, a nigdy w Polsce nie są. Do tego wino. I czas. Wydawał się nieograniczony. Patrzyli na siebie z niespieszną czułością. Wtedy, w tamtej chwili, miała pewność, że to jest właśnie on. Nie bała się go, odsłoniła gardę. Nic jej przecież nie zrobi. Pogłaskała go czule po policzku. Była miękka. Mógłby jej teraz coś zrobić, ale przecież nie zrobi. Pomyślała.

Kolejny raz śniło jej się, że on ją porzuca. Te jej sny nigdy nie były porządne, tylko strzępy obrazków i dławiące poczucie żalu. Pewność, że on ją porzucił i została sama. Sama – najgorsze słowo świata. Obudziła się, a on spał obok. Oddychał miarowo, odwrócony plecami. Chciała przytulić się do tych silnych pleców, ale przestraszyła się, że poczuje się tak, jakby przytulała obojętną rzeźbę.

Błagam cię, mamo, myślała siedząc z nią przy stoliku i patrząc jak z zadowoleniem je tiramisu. Błagam cię moja liberalna, nowoczesna mamo, która rozwiodłaś się w miłej atmosferze z moim kulturalnym ojcem po trzydziestu pięciu latach małżeństwa, błagam cię, powiedz mi tak: Córko, nie możesz tak dłużej żyć. My z ojcem chcemy, żeby on ci się już oświadczył. Sala na wesele już przystrojona, tu masz klucze do małego fiata, a tu talon na mieszkanie w bloku. My z ojcem kupiliśmy wam też szybkowar. Oczekujemy teraz, że on się oświadczy, że wesele będzie piękne i że nie obrazisz się na starą wersalkę po bracie, ale na razie nie damy wam na nowe meble, bo już nam nie starczyło. Ale ojciec założył ci książeczkę w PKO i wszystko będzie dobrze. Już nie mogę się doczekać wnuków, pokażę ci jak się robi pierogi, wszystkiego cię, córuś, nauczę. Błagam cię mamo, powiedz mi tak, myślała, pijąc cafe latte.

Jej matka wcale nie była nowoczesna. Miała kręcone, gęste włosy, które sama sobie obcinała. Nie farbowała ich, ale o dziwo nie miała na głowie nawet jednego siwego włosa. Była polonistką. Pracowała w gazecie. Ale nie żadnej glamour, tylko zwykłym lokalnym dzienniku. Paliła dużo papierosów. I była zbyt inteligentna, by chodzić na fitness. Tak mawiała. Doprowadzała ją swoim trybem życia do rozpaczy. Wydawała majątek na papierosy, piła na czczo kawę, jadła byle co i nigdy w życiu nie uprawiała żadnego sportu. Wyglądała na dużo starszą, niż była w rzeczywistości. Ale była piękna z tą swoją burzą dzikich loków. I interesująca ze swoją nonszalancką pogardą do dbania o siebie. Tylko ćwierćinteligenci i dorobkiewicze zajmują się dbaniem o siebie. Poza tym od kiedy się rozwiodła, pasjonował ją tarot i co mówią gwiazdy. Ona nie chciała słuchać tych wróżb, denerwowało ją to, że matka zmienia się w budzącą śmiech czarownicę. Poza tarotem jej matka czytała masę książek, nie mogłaby bez nich żyć. W 2013 roku była więc tak odstającym od wszelkich norm dziwadłem, że nie miała koleżanek. Przyjaźniła się z pijakami spod sklepu spożywczego i sąsiadką z parteru, która nie miała nogi i dlatego nie mogła uciec przed rozmowami z nią. Jej matka gardziła telewizją, a nawet Internetem. Była przekonana, że świat zamienił się w siedlisko idiotów. Pamiętała czasy, kiedy palenie papierosów i picie kawy były w dobrym tonie. I nie potrafiła pogodzić się z oczywistym faktem, że czasy te minęły bezpowrotnie. Mawiała, że należy żyć pięknie, bo tylko wtedy to życie ma sens.

Jej matka była zajęta sobą.

Myślała, że nie jest na niego zła. Przecież nic się nie stało. Wsiadł do pociągu osobowego, zamiast Inercity, bo chciał pooglądać widoki za oknem, tak dawno nie był na wsi. Zapomniał jej powiedzieć, że w związku z tym spóźni się na ważny bankiet służbowy, w którym miała mu towarzyszyć. Potem rozładowała się komórka. To nic, że zdążył wrzucić na Facebooka kilka zdjęć zrobionych przez okno Warsu, a nie zdążył wysłać jej SMS-a, to się zdarza. Siedziała sztywno na łóżku w sypialni i patrzyła przed siebie. Była ubrana w ładną czarną sukienkę na ramiączkach i czarne szpilki dwunastki. Miała wieczorowy makijaż i gładko zaczesane do tyłu włosy. Siedziała tak, chociaż miała ochotę zdjąć wszystko i przykryć się kołdrą. Wciąż jednak miała nadzieję, że on zaraz wróci i zdążą na ten bankiet. To był pierwszy raz, kiedy zaprosił ją na jakieś oficjalne wydarzenie. Mieli iść razem, miała poznać jego szefa i kolegów z pracy. Sama nie wiedziała, że to dla niej takie ważne. Minęła jeszcze godzina, a ona nadal tak siedziała. Chciało jej się ryczeć, co uznała za żenujące. Kiedy nareszcie wrócił, po kolejnych trzech godzinach, była pewna, że powita go z nonszalanckim uśmiechem i powie, że nic się nie stało. To był w końcu jego bankiet, nie jej. Dlatego tak ją zdziwił potok słów, który w sposób kompletnie niekontrolowany z siebie wypuściła. Nie panowała nad emocjami i było za późno, by cokolwiek z tym zrobić. On był zdziwiony, próbował się tłumaczyć, powiedział, żeby się kompletnie nie przejmowała, on tam pójdzie na chwilę sam, żeby się pokazać, bankiet przecież i tak już się kończy. To rozjuszyło ją jeszcze bardziej. Lekceważył ją, jej starania, jej czekanie i ostatecznie chce pójść sam. Nie mieściło jej się to w głowie.

Nie miał zamiaru słuchać jej idiotycznych pretensji, wziął szybki prysznic, wskoczył w marynarkę i wyszedł. Pocałował ją w czoło i powiedział, że za godzinę będzie z powrotem. Kiedy jechał na bankiet, myślał o awanturze, jaką zupełnie niepotrzebnie zrobiła. Przecież to nie jej zależało na tym bankiecie, ale jemu. To on będzie się teraz musiał tłumaczyć przed szefem, czemu wpada tuż przed końcem imprezy, uśmiechać się głupio i rozmawiać o niczym z każdym z wyższych rangą menedżerów. Wyładował mu się telefon. Nie mógł do niej zadzwonić. Nawet chciał pożyczyć komórkę od kogoś w pociągu, ale uświadomił sobie, że nie zna na pamięć jej numeru. Nie znał żadnego, poza swoim. Wszystkie miał przecież w telefonie. Zatem, mimo najszczerszych chęci, nie mógł dać jej znać, że się spóźni. Myślał, że ona się domyśli, będzie próbowała się do niego dodzwonić, zorientuje się, że padła mu komórka i pewnie nie zdąży. Był pewien, że znajdzie ją wylegującą się w wannie i gwiżdżącą sobie na jego bankiety. A tu awantura. Jej złość i nawet jakaś rozpacz kompletnie go zdumiały. Nie widział jej jeszcze w takiej furii. Zachowała się zupełnie irracjonalnie. Nie miała powodu, żeby tak się zachować. A jednak miała. Musiał to w końcu przyznać, kiedy już wchodził na przyjęcie. Gdzieś w zakamarkach siebie chciał pójść na bankiet sam. Żałował, że zaproponował jej to wyjście. Na tych służbowych przyjęciach musi być czujny, prowadzić idiotyczne rozmowy, stąpać po cienkim lodzie koneksji, koligacji i firmowej hierarchii. A tu musiałby się zajmować także nią. Tłumaczyć wszystkim, kim ona jest. Czuwać, by nie powiedziała czegoś niepotrzebnego. Więc niech będzie, nie był załamany, że nie poszła z nim. Ale nikt mu tego nie udowodni. Twarde fakty są takie, że on nie zrobił niczego złego, a ona urządziła mu karczemną awanturę, bo jest histeryczką.

Jesteś sprytną manipulantką i doskonale o tym wiesz,  powiedział, patrząc na nią zimnym wzrokiem. Nie rozumiała, o co mu chodzi. Chciała go objąć, wtulić się w niego, kochała go. A on patrzył zimno, nie chciał jej znać. Udajesz miłą i uległą, to bardzo przebiegłe. Zgadzasz się ze wszystkim, co powiem. Bo wiesz, że grając trusię, uśpisz moją czujność. I w końcu pewnego dnia wniesiesz do mojego mieszkania ostatnią parę swoich rajstop i okaże się, że razem mieszkamy. Kłamiesz za każdym razem, kiedy jesteś dla mnie taka obrzydliwie miła.

Nie rozumiała, czemu opowiada te wszystkie bzdury, czemu ją rani? Pomyślała, że jest nienormalny i nawet mu to powiedziała. Był nienormalny, był psychopatą, znęcał się nad nią. Tak bardzo nie chciała przyznać, że ma rację. Była miła, bo chciała go tym przekupić. Wiedziała, że boi się silnych i stanowczych kobiet, że woli uległe i słodkie. I grała taką przed nim. Żeby dostał, czego chciał. Wszyscy tak robią. Na tym polega ta miłosna gra. Każdy o tym wie, ale przecież takich rzeczy nie mówi się na głos.

Przestań. Powiedział i podał jej rolkę papieru toaletowego. Astronauci nie płaczą. Dlaczego? Zapytała. Bo to za trudne. Łzy w kosmosie nie spadają na ziemię, tylko na oczach tworzą się wielkie kule wody, które przyklejają się do policzków. To faktycznie nie warto, powiedziała i wytarła oczy papierem toaletowym.

Była noc. Było całkiem ciemno. Nie płakała, bo to byłoby kiczowate. Na koniec klepnął ją w tyłek.

Wróciła późno. Usiadła w kuchni przy stole i milczała. On wszedł po chwili. Był w samych bokserkach w Kaczora Donalda. Miał nieobcięte paznokcie u stóp. Zapuścił się już dawno temu. Jak było u babci, zapytał. Otworzyła mi drzwi i powiedziała, że odwiedziła ją koleżanka z podstawówki, Zośka. Powiedziałam, ale babciu, ta Zośka już dawno nie żyje. A ona mi na to: Zrób jej kromki z masłem, bo jest głodna. Więc powtórzyłam, ale babciu, Zośka nie żyje. Jak nie żyje? Herbatę jej zrobiłam. Powiedziała. Weszłyśmy do kuchni, a tam na stole stała herbata. Popatrzył na nią z niesmakiem. Nie zrobiłem zakupów, nie dałem rady.

Szacunek. Szacunek. To słowo kołatało się w jej głowie. Kiedy wracała od babci, wpadła w ten sentymentalny stan. Wspominki z dzieciństwa. Wsiadła do autobusu. Usiadła obok starej kobiety. Była bardzo chuda i miała szlachetną twarz. Do tego siwa fryzura na pazia i broszka przypięta do bluzki. Cała była pokrzywiona, jak korzeń sędziwego drzewa. Miała laskę, a lewy bark opadał znacznie niżej niż prawy. Twarz wykrzywiał nieduży, ale zauważalny grymas, pewnie po wylewie. Miała jasnobłękitne, pogodne oczy i siedziała wyprostowana. Wykrzywiona, ale ona wiedziała, że staruszka jest wyprostowana jak struna. Patrzyła na nią, aż wreszcie odezwała się, nie kontrolując tego. Jest pani bardzo piękna. Zrobiło jej się wstyd, była żenująca. Ale stara kobieta uśmiechnęła się do niej ciepło, a potem już cały czas patrzyła przez okno. Może to nawet dobrze, pomyślała. To PRL-owskie wychowanie. Matka kazała jej być grzeczną, przepraszać, dziękować, szanować starszych, chorych, słabszych. W 2013 roku taka postawa była wadą.

Gdybym nie był taki zryty, to mielibyśmy dom, trawnik i trójkę ślicznych dzieci, powiedział. Ale jestem, rozumiesz? Miałem już takie plany, ale ktoś mnie kiedyś zdradził i porzucił. I nie mam już takich planów. Zrozum to. Im szybciej to pojmiesz, tym lepiej dla ciebie.

Ona też się od początku bała. Miała za sobą niezliczone ilości nieudanych związków, które rozpadały się szybciej, niż się zawiązywały. Każdy z nich to była płonna nadzieja. Nie miała dłużej siły na kolejne utraty. On stracił raz. Ona była nafaszerowana tysiącem małych igieł.

Nie odzywał się od tygodnia. Milczał telefon, milczał Internet. Ona sprawdzała nerwowo Facebooka i komórkę. Nic. Napisała do niego, czy wszystko w porządku, ale nie odpisał. Nie potrafiła się na niczym skupić. Nie rozumiała. Wreszcie napisał: Nie wiem, co się dzieje. Na jej natarczywe pytania, no właśnie, co się dzieje, nie odpowiedział już nic. Co miał zresztą napisać? Naprawdę nie wiedział, dlaczego nie chce Jej widzieć.

Pił całą noc z barmanami w zaprzyjaźnionej knajpie. Jeśli ktoś wie o mnie wszystko, to są to barmani, pomyślał, sunąc niepewnie do domu. Była czwarta rano, pierwsi ludzie czekali na tramwaj, który zawiezie ich do pracy. Patrzyli na niego z obrzydzeniem. Był pijany, śmierdział i zataczał się.

Ledwo wtoczył się na szóste piętro, cudem trafił kluczem do zamka. Poszedł prosto do łazienki. Położył się na podłodze, na dywaniku kąpielowym. Był w kolorowe paski. Jak z Łowicza. Zwinął się w kłębek i zaczął płakać. Głośno. Łkał długo, godzinę, może nawet dwie. Potem chwilę leżał w odrętwieniu. Słońce było już wysoko, kiedy wyjął z kieszeni telefon i wystukał SMS-a do niej: „Upiłem się. Leżę na podłodze w łazience“.

W jej mieszkaniu było bardzo cicho. Panował nieruchomy bałagan. Jakby ktoś zatrzymał obraz w kadrze. Na stole niemo piętrzyły się stosy starych „Wysokich Obcasów”. Obok stał czerwony lakier do paznokci, niedokręcony. I trzy kubki w różnych kolorach, w każdym trochę rozpuszczalnej kawy. Był też wiklinowy koszyczek, a w nim zepsuta obcinaczka do paznokci, prawie pusta tubka kleju, guzik, koralowa bransoletka i jego zegarek z zepsutym paskiem. Dostał go od niej. Nie zostawił wielu swoich rzeczy, ale ślady jego obecności wprawne oko wyśledziło niemal na każdym metrze kwadratowym mieszkania. To krzesło, które stało krzywo przy kuchennym stole, to właśnie on tak odsunął i nie poprawił. W łazience, w koszu na brudną bieliznę, leżały dwie pary jego bokserek w zabawne wzorki. I jedne granatowe skarpetki. W szafie w przedpokoju stały jego buty do tenisa i wisiała kurtka przeciwdeszczowa. Koło materaca w sypialni stała szklanka z wodą, której nie dopił. Poduszka po lewej stronie była wgnieciona i miała jego zapach. Zostawił swoją książkę o słynnych alpinistach. Leżała na białym fotelu w rogu sypialni. Koło papierowej lampy stojącej z Ikei. Ona leżała na materacu po swojej stronie i patrzyła na jego poduszkę.

Była sobą zniesmaczona. Wstała z tego łóżka cicho, żeby nie obudzić faceta. Nie znała i nie chciała go znać. Chciała, żeby ją ktoś przeleciał. Ubrała się szybko i uciekła z tego mieszkania. Po drodze do domu usiadła na ławce, na skwerze bez drzew. Wyjęła paczkę papierosów, którą kupiła w kiosku. I różową zapalniczkę z brokatowym sercem. Innych kioskarka nie miała. Zapaliła papierosa i zaraz potem kolejnego. Rozpłakała się, nie dała rady powstrzymać łez. To było równie obrzydliwe jak fakt, że przed chwilą jeszcze leżała z tym facetem w jego łóżku. Co za banał. Czuła się jak nastolatka z klipu garażowego zespołu rockowego. A przecież zawsze widziała siebie jako nieoczywistą bohaterkę któregoś z filmów Godarda.

Chociaż prawda była także taka, że lubiła kicz. Kicz jest żywy, pulsuje krwią. Jest pojemny i gościnny. Prawdziwy liberał. Kiczowate są wszelkie uczucia, nawet te najgorsze, najbrzydsze, wszystkie nastoletnie uniesienia, fragmenty pamiętników dorastających panienek i łzy ronione na bardzo złych filmach. Wszystkie te uczucia, których się wstydzimy. Kicz wcale nie jest sztuczny, jest prawdziwy.

Jeszcze dygotał ze złości. Jakby z zimna. Jeszcze miał przed oczami jej brzydką twarz, jej świńskie oczy, jej krzywe zęby i brzydką bluzkę i nie mógł znieść faktu, że chociaż tak bardzo jej teraz nienawidzi, to tak bardzo chciałby się z nią teraz kochać.

Przeczekała kilka sygnałów z zamkniętymi oczami, w nadziei, że to tylko sen i zaraz ucichnie. Ale nie ucichło. Po omacku sięgnęła po telefon, który zawsze walał się gdzieś obok na łóżku, nigdy nie umiała go zostawić normalnie, jak człowiek, na nocnym stoliku. Sprawdzała przed snem Facebooka, zawsze z nieuświadomioną i płonną nadzieją, że znajdzie tam coś, co odmieni bieg wydarzeń. Potem usypiała z telefonem w ręce. Komórka dzwoni natarczywie. Musi otworzyć oczy, żeby znaleźć ją w pościeli. Patrzy na wyświetlacz. Wie, co on chce jej powiedzieć. Oddzwoni za chwilę. Za pół godziny. Może najpierw napije się kawy.

 

 

/ Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody autorki zabronione.