Patrycja Nowak

Supermenka /Monodram/
unnamed1

“A Woman in harmony with her spirit
is like a river flowing.
She goes where she will without pretense and arrives
at her destination
prepared to be herself
and only herself ”
― Maya Angelou

 

Sypialnia. Na podłodze szeroki materac, rozmemłana pościel, na łóżku laptop. 33-letnia Julka siedzi na purpurowym, aksamitnym fotelu w pozycji Stańczyka z obrazu. W dłoni trzyma pełną szampanówkę, butelka szampana stoi koło fotela, obok leży telefon komórkowy. Gdzieś z boku patera z jabłkami. Julka jest ubrana w strój Supermenki. Ma maskę na twarzy. Jest zgrabna i seksowna. Na nogach ma wysokie, czarne kozaki – szpilki.

Telefon zaczyna dzwonić, a zamiast dzwonka kobiecy radosny głos:

 

PRZYJACIÓŁKA (OFF):

Żebyś nie była nigdy głodna i żebyś miała kury, bo wtedy codziennie będziesz miała jajko! Żebyś nie była nigdy głodna…

 

Supermenka wyłącza telefon.

 

JULKA

To moja przyjaciółka. Nagrała mi się z życzeniami, chociaż jeszcze nie ma północy. Zrobiłam sobie z tego dzwonek w telefonie. Ona jest dobrze zorganizowana, nagrała się przed wyjściem na imprezę, bo wiedziała, że potem będzie pijana i nie zrozumiem, o co jej chodzi z tym jajkiem. Chociaż teraz też niespecjalnie rozumiem.

 

PRZYJACIÓŁKA (OFF):

Żebyś nie była nigdy głodna i żebyś miała kury, bo wtedy codziennie będziesz miała jajko! Żebyś nie była nigdy głodna…

 

Supermenka wyłącza telefon.

 

JULKA

Dzwonią po mnie, bo uciekłam z Sylwestra. Nie lubię tej imprezy. Cały świat musi się obowiązkowo bawić. Nie wiem, po cholerę dałam się zaprosić, chyba tylko dlatego, że to był bal przebierańców. (patrzy na swoje nogi, ręce, na swój strój) Każdy ma swój komiks, co nie?

 

Tak naprawdę nie lubię Sylwestra dopiero od trzech lat. Wtedy zostawił mnie chłopak. Miałam trzydzieści lat i szykowałam się do zamążpójścia. Co za słowo „zamążpójście”… Albo „kanciapa”. W ogóle słowa są dziwne. Kiedy zapiszesz słowo na kartce albo w komputerze i popatrzysz na nie z boku, to nagle przestajesz rozumieć jego sens i wtedy widać, jakie jest dziwne. Taki chwilowy wtórny analfabetyzm. Macie to? Ja to mam często. Zresztą z polskimi słowami są same kłopoty. Kiedyś myślałam, że to taki bogaty język, ale jak się nad tym zastanowić, na wszystko co najważniejsze jest strasznie mało określeń i wszystkie są takie… niesubtelne. Albo kiczowate. Zresztą, napisałam o tym na moim blogu, wrzuciłam taki cytat z Karoliny Gruszki. Czekajcie, mam go cały czas w laptopie.

 

Julka rzuca się na łóżko, grzebie w laptopie.

 

JULKA

Gruszka to jest taka aktorka, ale mało gra w serialach, a teraz w dodatku mieszka w Rosji, można jej nie skojarzyć. W każdym razie w jakimś wywiadzie powiedziała tak (czyta z laptopa): “Jeśli spróbować opisać po polsku te wszystkie stany związane z poszukiwaniami duchowymi, zabrzmi to koszmarnie patetycznie. W rosyjskim jest dużo więcej słów określających takie uczucia i brzmią jakoś bardziej naturalnie. Dlatego są rzeczy, które jest mi łatwiej wyrazić po rosyjsku”. Jak to przeczytałam, to mnie olśniło. W każdym razie o miłości na pewno najlepiej mówić po rosyjsku.

 

Nie, nie oświadczył mi się, ale ja sobie wyobrażałam, że może zrobi to właśnie w Sylwestra. Miałam 30 lat, jak już wspomniałam. Tak, teraz mam 33, nie wyglądam, wiem… No więc wyjechał do Londynu i zostawił mnie, ot tak, z dnia na dzień. Dokładnie w Sylwestra. Taki oryginalny prezent noworoczny. Nowy Rok przywitałam w szpitalu. Miałam obandażowane nadgarstki i kiedy się ocknęłam, siedział nade mną psychiatra i mówił, że musimy porozmawiać o powodach, dla których podjęłam próbę samobójczą. „Bo wszyscy jesteście chuje” oświadczyłam i nie odzywałam się do nikogo przez dwa dni. Przenieśli mnie na oddział psychiatryczny na obserwację. Codziennie mówiłam pielęgniarkom, że gdyby odwiedził mnie mój chłopak, to mają go wpuścić na salę. Potem jak tylko mnie widziały, od razu mówiły „Nie przyszedł ten twój Romeo”. Bo ja mam Julia na imię. Julka, tak wolę.

 

“- Co ci się stało w rękę?

– Pocięłam się.

– To bardzo dziecinne zachowanie mające na celu zwrócenie na siebie uwagi. Pomogło?

– Nie“1

 

Ja i mój Romeo. „Połącz w rym: kochać i szlochać“. Nasze zwaśnione rody nie były nadmiernie zwaśnione, bo się w zasadzie nie znały. Oboje pochodzimy z małych miejscowości, wyjechaliśmy na studia, do domów jeździliśmy rzadko. Tak więc nasze „rody“ niespecjalnie chciały brać udział w naszej bajce. A ja, kiedy się ocknęłam, nie zastałam go martwego przy moim szpitalnym łóżku, chociaż wtedy bardzo o tym marzyłam. No więc nie zabił się z rozpaczy, a ja postanowiłam mimo wszystko żyć dalej.

„Gdyby nie ciemność, co mi twarz maskuje, Widziałbyś na niej rozlany rumieniec Po tym, co z ust mych słyszałeś tej nocy. Rada bym form się trzymać, rada cofnąć To, co wyrzekłam; ale precz udanie! Czy ty mię kochasz? Wiem, że powiesz: tak jest, I jać uwierzę; mimo przysiąg jednak Możesz mię zawieść. Z wiarołomstwa mężczyzn Śmieje się, mówią, Jowisz. O! Romeo! Jeśli mię kochasz, wyrzecz to rzetelnie; Lecz jeśli masz mię za podbój zbyt łatwy, To zmarszczę czoło i przewrotną będę, I na miłosne twoje oświadczenia Powiem: nie, w innym razie za nic w świecie. Za czuła może jestem, o! Monteki, Stąd możesz sądzić me obejście płochym; Ufaj mi jednak, będę ja wierniejsza Od tych, co bieglej umieją się drożyć. Byłabym ja, się była, prawdę mówiąc, Także drożyła, gdybyś był tajnego Głosu miłości mojej nie podchwycił. Nie wiń mię przeto ani też przypisuj Płochości tego wylania mych uczuć, Które zdradziła noc ciemna“2

 

 

Kiedyś lubiłam ładne słowa.

Cały czas pytają mnie: Dlaczego jesteś sama? Czemu nie masz kogoś? Czemu nie masz dzieci? Nie chcesz mieć rodziny? Postanowiłaś być singielką, tak? Nikt normalny nie postanawia być singielką, choćby nie wiem ile cosmopolitanów tak napisało. Ale ludzie! Przecież nie wezmę ślubu z pierwszym lepszym gościem, żeby uciec od singielstwa, czyli dawniej staropanieństwa. Też dziwne słowo; „staropanieństwo”. Przecież to nie są te czasy! Mam swoje mieszkanie, swój kredyt mieszkaniowy, swój samochód i swoją pracę. Po co mi mężczyzna? No? No po to, żebyśmy się kochali. Takie nastały dziwne czasy, że jedynym sensownym powodem, żeby się z kimś związać, jest miłość.

 

PRZYJACIÓŁKA (OFF):

Żebyś nie była nigdy głodna i żebyś miała kury, bo wtedy codziennie będziesz miała jajko! Żebyś nie była nigdy głodna…

 

Julka „rozłącza“ rozmowę.

 

JULKA

„Chociaż raz warto umrzeć z miłości“, co? Nie warto. Ja za karę przestałam się starzeć. Nie umiem wydorośleć. Wyjść za mąż, mieć dzieci. Nikogo nie kocham. Boję się pokochać. Chodzę do sklepów z modą młodzieżową, a w soboty na imprezy. I tak w kółko, nic się nie zmienia, choć mijają lata. To jak historia Żyda, wiecznego tułacza. Boję się, że może jestem nieśmiertelna. Nie zabiłam się, to za karę nie umrę wcale.

Na początku, po tym jak wyszłam ze szpitala, usiłowałam go w tym Londynie odszukać. No w końcu Londyn to nie jest daleko. Siedziałam dniami i nocami w Internecie i szukałam go. Znalazłam jego profil na Facebooku, był zablokowany, ale i tak wchodziłam tam po kilka razy dziennie. I piłam. Butelkę wina dziennie. Mówiłam: Może i świat mnie dziś nie kocha, ale kocha mnie za to bez wątpienia gewurtztraminer.

Wstydziłam się, że jestem sama. Kiedy wchodziłam do sklepu i dziewczyna przy kasie mówiła „Jest jeszcze promocja na męskie skarpety, dwie pary w cenie jednej” to kupowałam te skarpetki, bo inaczej wydałoby się, że nie mam nikogo.

Kimś, czymś czy samym sobą? W dzieciństwie miałam przyjaciela, często się razem bawiliśmy. I zawsze przed zabawą zadawaliśmy sobie pytanie, czy bawimy się kimś, czymś czy samym sobą. Opcja „kimś” bawiła nas okrutnie, bo przecież nie można się kimś bawić. Życie pokazało mi jednak, że można. A potem okazało się, że najlepiej jednak bawić się samym sobą.

Zostałam królową imprez. Raz policja chciała mnie aresztować, bo skakałam po samochodzie. Jak ich zobaczyłam, zaczęłam uciekać, biegłam bardzo szybko, a przynajmniej tak mi się wydawało, ale zaraz mnie złapali, co skłoniło mnie do powątpiewania w mój sprint po wypiciu dwóch czerwonych win i jednej butelki whisky. Powiedzieli, że mnie zatrzymują za niszczenie cudzego mienia, więc ja im na to, że to jest moje mienie. A oni na to, że jak to? A ja na to, że to jest mój samochód. A oni – prawo jazdy. A ja, że nie mam, bo jeszcze nie zrobiłam. No to oni, że kłamię. No to ja znowu chciałam uciec i znowu mnie złapali. Mówię im: Panowie, to szczera prawda, pokażę wam dowód rejestracyjny, mam w szufladzie w kuchni. No to poszliśmy do mnie do domu, ja się od razu w panice zaczęłam zastanawiać, czy nie mam gdzieś na wierzchu narkotyków, chociaż ja akurat narkotyków nie używam i w tamtym czasie wyłącznie piłam. Ale te mundury tak na mnie podziałały, że strasznie się bałam, że oni odkryją te narkotyki. Nie odkryli. Pokazałam im dokumenty niezbicie świadczące o tym, że to jest mój samochód i mogę sobie po nim skakać, ile mi się podoba, bo chyba mnie nie aresztują za to, że sama sobie zniszczyłam auto? Oni już nic nie powiedzieli, tylko wyszli, a ja czułam się jak królowa.

Raz poszłam na imprezę przebieraną. Wcisnęłam się w ten strój (pokazuje strój Supermenki) i zrobiłam tam absolutną furorę. W dodatku stało się coś dziwnego. Ten kostium spowodował, że poczułam się kimś kompletnie innym. To nie jestem ja – myślałam, z radością wypijając cudze drinki i wygłaszając monolog o wyższości wynajmowania mieszkania nad dożywotnim kredytem (za co zostałam publicznie znienawidzona, bo wszyscy tam mieli kredyty, w zasadzie można zaryzykować stwierdzenie, że był to bal kredyciarza). Potem schowałam się z jednym z gości w sypialni gospodarza i przebierałam go jak lalkę w rzeczy z szafy. Przebierałam i mówiłam „Widzisz, człowiekowi, jak się przebierze, więcej wolno, bo to nie jest on!”. Od tamtej pory często przychodziłam na imprezy przebrana za Supermenkę, ludzie się dziwili, ale nie przejmowałam się. Kiedyś spotkałam tego chłopaka z szafy. W klubie. Był przebrany za tygryska i strasznie rozrabiał. Przywitał mnie hałaśliwie i powiedział „Beznadziejnie jest być sobą, dzięki, że mi to uświadomiłaś! Dużo lepiej być tygryskiem. No bo kto tygryskowi zabroni?”.

Komandosi wkraplają sobie do oczu tabasco, żeby nie zasnąć. Po czterech miesiącach imprezowania też miałam taki pomysł. Byłam zmęczona i nawet nie miałam kaca, bo ciągle byłam na rauszu.

Siedziałyśmy z koleżanką przy barze, była pierwsza w dzień i była jesień. W radiu powiedzieli, że zdecydowana większość zaginionych ludzi odnajduje się w ciągu 48 godzin, ale nie zawsze chcą wracać do domu.

– To zupełnie jak my.

 

A raz jechałam rowerem. Trochę mnie znosiło na prawo i lewo i zaczął mnie gonić radiowóz. No to ja zaczęłam uciekać. Wtedy radiowóz wezwał posiłki, wzięli mnie w dwa ognie, z przodu i z tyłu, naprawdę był to pościg jak z filmu i nigdy go nie będę żałowała. W każdym razie w końcu mnie zatrzymali. Przewróciłam się na tym rowerze, kolano stłukłam. Pozbierali mnie i aresztowali. Sąd kazał mi zapłacić karę, ale ja nie miałam pieniędzy, więc sąd kazał mi przez miesiąc codziennie chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików. Pomyślałam, że może to nawet fajnie, przestanę się włóczyć po knajpach, poznam jakichś nowych ludzi. Weszłam do tych AA, patrzę, a tu same chłopy koło pięćdziesiątki. Gdybym nie wiedziała, że to spotkanie AA, byłabym pewna, że trafiłam na zebranie związków zawodowych w Stoczni Gdańskiej. Ale – wypatrzyłam znajomą twarz, chłopaka mojej koleżanki, ciągle się na imprezach spotykaliśmy, nawet go lubiłam, miły gość. Usiadłam obok niego, przywitaliśmy się. I poczułam, że on przez cały czas się na mnie gapi.

– Co tak na mnie patrzysz? Przecież masz dziewczynę.

– Ale zawsze można przejrzeć spis treści.

 

 

W liceum byłam u wróżki, wywróżyła mi, że mam w sobie taki kanał, że jak na Ziemię przylecą kosmici, to w pierwszej kolejności zgłoszą się do mnie. Biorąc pod uwagę, ilu rozmaitych kosmitów spotkałam w tamtym okresie mojego życia, sądzę, że faktycznie mam ten kanał.

 

Kryzys męskości, co tu dużo mówić. Pełno Piotrusiów Panów, czytacie te artykuły, prawda? Mnie się one bardzo podobały. O ty łajzo, mam cię! Myślałam, mając na myśli mojego skurwysyna Romeo, bo już byłam nakręcona przeciwko niemu i wszystkim mężczyznom świata. Ty Piotrusiu Panie jeden, ty! Wygrażałam mu po pijaku. Ty borderline osobowości! Ty synu matki, co cię rozpieszczała i ojca, który się tobą nie interesował! Ciebie to wszystko i tak nie usprawiedliwia!

Skończyłam przyspieszony kurs AA i jakoś mi obrzydło to picie i te imprezy.

 

Odwiedziłam babcię i dziadka. Dziadek wyjął swoją harmonijkę ustną i powiedział do babci od niechcenia, że niby w sumie mu nie zależy, jak to mężczyzna:

– To co ci zagrać?

A babcia odparła spokojnie:

– „Gdzie są chłopcy z tamtych lat?”.

I zagrał jej. A ona mu zaśpiewała…

 

PRZYJACIÓŁKA (OFF):

Żebyś nie była nigdy głodna i żebyś miała kury, bo wtedy codziennie będziesz miała jajko! Żebyś nie była nigdy głodna…

 

Julka odbiera telefon.

 

JULKA

Halo?…W domu… Źle się poczułam, musiałam się położyć… no to co, że jest Sylwester?… Nie, nie wrócę do was, zresztą nie mam jak, już jest późno, nic nie jeździ, na taksówkę mnie nie stać… O nie, nie pojadę nocnym autobusem, albo mnie zabiją, albo zarzygają… Nienawidzę jeździć autobusami, nienawidzę. (rozłącza się)

 

Czy ktoś już napisał pracę magisterską: „Wpływ muzyki puszczanej przez kierowców autobusów na psychikę pasażera”?

 

Zanim zrobiłam prawo jazdy, dużo jeździłam autobusami. Przeczytałam gdzieś, że czytane przez ludzi książki wiele mówią o tym, co naprawdę chcieliby robić, gdyby mieli odwagę. Jeździłam i patrzyłam, co czytają. Nie zapomnę jednej pięćdziesięcioletniej kobiety. Wyglądała na przemęczoną gospodynię domową. Miała siatki z zakupami i czytała „Poszerzenie pola walki”.

Była też kobieta, którą łatwo przeoczyć. Spięte w cienki warkoczyk włosy. Gładziła je, jakby były nie wiem jakim puklem. Czyta książkę „Jak odnaleźć prawdziwe szczęście”. Naprzeciwko niej usiadły dwie dziewczyny. Miały rozpuszczone włosy, śmiały się i wygłupiały. Patrzyłam na tę przestraszoną i myślałam, że nic jej ta książka nie pomoże. Gdyby wywaliła ją teraz przez okno tramwaju i zaczęła gadać z tymi rozbawionymi dziewczynami, byłby dla niej ratunek. Ale ona tę książkę oprawi w gazetę, żeby się czasem nie zniszczyła.

 

A raz siedziało przede mną dwóch młodych, takich z podstawówki.

– Mój biedaczku, zakochałeś się. A wczoraj jeszcze byłeś normalny. Nie wiesz, że z nimi same kłopoty?

– Nie wiem, ale chcę wiedzieć.

– Nie chcesz. Miałem to w szóstej klasie i uwierz mi, nie chcesz.

 

Wtedy pomyślałam, że jazda komunikacją miejską za bardzo mnie przygnębia. Zapisałam się na kurs prawa jazdy.

 

– Dlaczego ta babka nie jedzie, przecież ma pierwszeństwo?

– Bo przepuszcza ciebie, podczas gdy ty przepuszczasz panią na przejściu, która nie idzie, bo przepuszcza ciebie. Kobiety.

 

Muszę przyznać, że to był dobry czas. Dzięki mojemu instruktorowi zrozumiałam pewną prostą rzecz. To było kiedy już sobie jakoś radziłam za kółkiem i odkryłam, że lubię szybką jazdę.

– Zwolnij, jedź przepisowo – upomniał mnie kolejny raz.

– Ale nikt nie jeździ przepisowo.

– Ale ty jesteś wyjątkowa. Myśl o tym w ten sposób.

 

No to zaczęłam tak myśleć.

 

PRZYJACIÓŁKA (OFF):

Żebyś nie była nigdy głodna i żebyś miała kury, bo wtedy codziennie będziesz miała jajko! Żebyś nie była nigdy głodna…

 

„Zrzuca” rozmowę.

 

JULKA

Mieszkanie samej, kiedy nigdy się samej nie mieszkało, to jest bardzo dziwny stan. Cały czas mi się wydawało, że ktoś zaraz wróci do domu. Chłopak, mama, tata. Pies. Ale nikt nigdy nie wracał. Ewentualnie ktoś przychodził. W odwiedziny. Albo żeby pójść ze mną do łóżka, chociaż starałam się trzymać zasady, że to ja idę do nich, żebym to ja mogła wyjść. Tak czy siak, najczęściej przychodzili do mnie koledzy, żeby robić atmosferę testosteronową. Kiedy mieszkałam z moim Romeo, wydawało mi się, że feministki naprawiły świat i jest równouprawnienie, i ja nawet nie muszę być feministką i mogę sobie chodzić w szpilkach i miniówie, i dalej będzie równouprawnienie. Kiedy zamieszkałam sama, okazało się, że byłam w błędzie. W tym mieszkaniu mam piecyk gazowy, w łazience. I on się psuje. Zwykle zajmował się tym Romeo i ja, jako osoba równouprawniona, kompletnie nie zawracałam sobie tym głowy. W mojej świadomości piecyk naprawiał się sam. Pewnego dnia jednak sam się nie naprawił. Rozczarował mnie, przyznaję, ale coś musiałam zrobić. Znalazłam w Internecie numer do jakiegoś gościa od piecyków i zadzwoniłam. Od razu powiedział, że chciałby rozmawiać z moim mężem, no to jak nie mam męża to z chłopakiem, no to jak mieszkam sama to on wpadnie wieczorem. I wpadł. Trzy wieczory później. Zepsuł mi piecyk tak, że musiałam potem kupić nowy, wziął trzy stówy, powiedział do mnie z dwanaście razy „kotku”, „myszko”, „skarbie”, i sobie poszedł. Od tej pory zawsze, kiedy muszę wezwać fachowca, proszę jakiegoś kolegę, żeby do mnie przyszedł i roztaczał atmosferę testosteronową. To jest bardzo proste zadanie, kolega po prostu siedzi na jakimś widocznym miejscu i czyta gazetę albo gra w grę w komórce. Nie odzywa się i nie udaje mojego męża. Po prostu jest widoczny. Fachowiec wtedy zabiera się milcząco do pracy, naprawia, potem każe mojemu koledze sprawdzić, czy dobrze naprawił,

– Szefunciu, niech szefuńciu podejdzie, zobaczy, jak wszystko teraz elegancko hula!

Potem mój kolega mu płaci (ja mu potem oczywiście oddaję te pieniądze) i fachowiec wychodzi. Proste i działa. Polecam.

 

Ale generalnie dalej słabo sobie radzę z fachowcami. Na przykład dzisiaj rano obudził mnie telefonem mężczyzna z Obsługi Klienta i na wszystko się zgodziłam. I bądź tu człowieku kobietą.

Miałam straszny bałagan w mieszkaniu. Nie chciało mi się sprzątać, bo nie było dla kogo. Nie bardzo chciało mi się też gotować. Obrastałam w śmieci i czułam się coraz bardziej jak wiedźma Ple Ple. Moi kochankowie nie zwracali na to uwagi, bo trafiali do mnie w nocy i wychodzili nad ranem, nie pozwalałam im zostać, może także dlatego, żeby nie oglądali tego bałaganu. Ale jeden był widać wyjątkowym czyścioszkiem, bo już w progu powiedział: „Ale masz burdel”. Wzięłam sprzątaczkę. Miała na imię Gośka i była w moim wieku. Trochę głupio się czułam, jakby koleżanka sprzątała mi mieszkanie. Dlatego za każdym razem, kiedy miała przyjść, robiłam porządek. Moja sprzątaczka Gośka była jedynym powodem, dla którego sprzątałam swój dom.

Z samotnym mieszkaniem już sobie jakoś radzę. Przeczytałam gdzieś statystyki, wg których single (bo nie wolno mówić „ludzie samotni“) sikają z otwartymi drzwiami, nigdy nie zamykają drzwi do łazienki, bo nie mają po co. Dopiero kiedy to przeczytałam, dotarło do mnie, że ja też tak robię. Od tamtej pory zamykam zawsze.

“Przecież masz przyjaciół.  Masz wielu przyjaciół. Co dajesz im od siebie? Musisz dawać im coś od siebie, skoro się tak o ciebie troszczą”3

Przyjaciele przyjaciółmi, a ja przecież chciałam się z kimś związać. Szukałam, grzebałam jak kura między tymi kompletnie przypadkowymi facetami.

 

„Wiesz nie mam podzielności uwagi toteż kiedy jem

palę i piję, czytam piszę i

oglądam telewizję nie mogę w tym czasie

nikogo kochać”4

 

No tak, multitasking ma swoje granice.

 

 

I wtedy to zrobiłam. Założyłam bloga.

 

“Zołza to kobieta niezależna, będąc w związku z mężczyzną nigdy nie przestaje być sobą. Ma poczucie humoru i zna swoją wartość. Mówi, co myśli i robi, co chce”.

“Wysłałam męża po ziemniaki i wpadł pod samochód.

– Jezus Maria, I co teraz?

– Nie wiem, chyba ugotuję ryż”

 

„Nic tak nie drażni dziewczyny jak wszystko“

 

„- Czemu nie mówisz mi nigdy, że miałaś orgazm?

– Bo nie ma cię wtedy w domu“.

 

„Boże, daj mi kawę, bym mogła zmienić to, co zmienić mogę, i wino, bym umiała zaakceptować to, czego zmienić nie umiem“.

 

„Jest taka legenda, że są na świecie kobiety, które otwierają szafę i wiedzą, w co się dzisiaj ubrać“.

 

„Gdyby mężczyźni żenili się z kobietami, na które zasługują, mieliby bardzo ciężkie życie“.

„W dzisiejszych czasach kobieta potrzebuje wyłącznie siebie samej” a „Jedyny sposób, aby wygrać z mężczyzną, to traktować go naprawdę paskudnie”5

„Nihilizm, cynizm, sarkazm i orgazm“!

 

Miałam bloga i nazwałam siebie Supermenką.

 

“Nie wiem jak to pani zrobiła, Supermenko, ale dzięki pani rzuciłam swojego beznadziejnego chłopaka. Nie mam skłonności do ulegania innym, ale Pani mnie zaczarowała. Fajnie czytać motywujące sentencje”.

“Supermenko droga, dajesz nam, czytelniczkom, wiele radości, cennych wskazówek, które możemy czerpać z twego już dłuższego doświadczenia. Myślę, że każda z nas jest ci za to BARDZO wdzięczna. Postępuj tak dalej. Przez całe swoje życie zarażaj nas swoją pasją i życiową mądrością”.

Dzisiaj rano w radiu mówili coś o żupach solnych, a mnie się przypomniała Kaśka. Chodziła ze mną do podstawówki. Ale nie od pierwszej klasy. Przyszła trochę później, chyba w piątej klasie i pamiętam jej Wejście Smoka. Przyszła na pierwszą lekcję w czarnej miniówie i białej bluzce zapiętej pod szyję, ale totalnie prześwitującej. Pod bluzką miała biustonosz i była pierwszą w klasie dziewczyną, która go nosiła. Nie była zbyt ładna, nie była też szczupła, ale była seksowna. Weszła zaskakująco kobiecym krokiem i usiadła w ławce wypinając przy tym siadaniu tyłek tak, że od razu wszystkie w klasie jak jeden mąż ją znienawidziłyśmy. W dodatku była piekielnie zdolna i bystra, znakomita z przedmiotów humanistycznych i jeszcze lepsza ze ścisłych. Po prostu MÓZG. Nie muszę mówić, że chłopcy nie robili niczego poza gapieniem się na jej biustonosz, a my nie robiłyśmy niczego poza nienawidzeniem jej. Aż przyszła lekcja historii o żupach solnych. Kaśka została wezwana do odpowiedzi i nie wiedziała, co to są te żupy. Dostała dwóję, co przyjęła z wyrozumiałym uśmieszkiem i słowem „dziękuję” i niczym niezrażona powędrowała do ławki, kołysząc biodrami. Od tej pory stała się nieodłączną częścią naszej dziewczyńskiej paczki. Do dzisiaj podejrzewam, że doskonale wiedziała, co to są te żupy solne. Ja też się tak czułam prowadząc bloga. Ale zrozumiałam to później.

Ludzie nie bardzo chcą myśleć. U nas w Polsce wszyscy mają być jasno określeni. Są albo słit laski, które podejmują wyzwanie z paniami od kultury fizycznej, albo takie wkurwione, co to są chujowymi paniami domu. I jeszcze są zakołtunione intelektualistki, które nie mają dzieci. U nas albo palą tęczę, albo ją budują. Słowem, musisz się opowiedzieć, dziewczyno, musisz być wyrazista w swoim życiu, byciu, w swoich słowach, ostrych słowach, bo inaczej przepadniesz i zostaniesz wyrzucona ze społeczeństwa, bo nikt nie odgadnie, kim jesteś.

No więc miałam bloga i byłam wyrazista.

Impreza

Wpis na blogu

Kurier, paczka dla pani, narzeczony by nie zszedł na dół? Ciężka.

Impreza

Wpis na blogu

Jak się masz, dalej jesteś sama?

Jestem Supermenką, mam ponad tysiąc wejść dziennie na bloga, widziałaś?

Sama zejdę po tę paczkę.

Wpis na blogu

Impreza

Jakiś facet. Udaję, że nie pamiętam nawet jego imienia, zawsze tak udaję.

Internautki mnie kochają.

Nagroda Polish Award dla najlepszej blogerki w blogosferze.

Ile tu tych szafiarek, ile celebrytów, naprawdę mój blog wygrywa, naprawdę to najlepszy lajfstajlowy blog w całej Polsce?

 

Osiągnęłam szczyt. Patrz, jaką piękną statuetkę dostałam. Posłuchaj, nie gniewaj się, ale nie pamiętam jak masz na imię, możesz już sobie pójść? Jak widzisz, otrzymałam nagrodę i wolałabym nie świętować tego z tobą, bo ty nic dla mnie nie znaczysz, ja dla ciebie zresztą też, cześć, zamówić ci taksówkę?

 

„Moje kochane, dostałam nagrodę! Prawda o facetach zwyciężyła, mężczyźni kochają zołzy, cały świat je kocha! Tylko was mam, tylko was naprawdę kocham, to wszystko się stało dzięki wam, dupeczki! Całusy, wasza Supermenka!!!!!“.

 

Mężczyźni kochają zołzy, co? Byłam idolką internautek, dziewczyn, kobiet, dziewczynek. I miałam strasznie dużo lajków na Facebooku. Wylewałam na bloga całą swoją wściekłość i żal, swoją siłę, waleczność i pogardę, swoją obojętność i dumę, swoje niebanalne poczucie humoru, cynizm i błyskotliwość, a one to kochały, chłonęły jak gąbka. Uwielbiały moje zdjęcia w stroju superwoman. Myślały pewnie, że chodzę tak do warzywniaka.

A ja któregoś dnia przeczytałam w „Wysokich Obcasach“ wywiad z jakąś psycholog. Powiedziała, że choćbyśmy nie wiem ile córce nakupowały samochodzików, resorówek i innych chłopięcych zabawek, to w końcu córka i tak weźmie tę ciężarówkę, opatuli ją kocykiem i powie: „Nie martw się ciężaróweczko, wszystko będzie dobrze“.

Tego dnia moja babcia przewróciła się na ulicy i potłukła. W szpitalu ją opatrzyli i wysłali do domu. Babcia upadła, kiedy poszła do kościoła, ładnie się ubrała, miała porządne mokasyny na płaskim obcasie, ale potknęła się o korzeń ukryty w trawie. W kościele modliła się o wnuki. Czyli też o mnie. Jestem za to wdzięczna. Wiem, że to pewnie jedyna osoba, która się za mnie modli. Nie mam dzieci i gdy będę w jej wieku, nie będę się miała za kogo modlić.

 

A jednak można pójść do kościoła we wtorek. W południe. Ciemnego, niedużego, z cegły. Wejść i słuchać swoich kroków. Podejść do ławki. Usiąść. Rozejrzeć się i poczuć balsamiczny spokój. Echo. Trochę się zawstydzić, przeprosić Boga, że się tak dawno go nie odwiedzało i przeprosić, że właściwie się w niego nie wierzy, a mimo to się go odwiedza. I siedzieć tak. I patrzeć na stare figury. Najlepiej obecność Boga czuje się w tych kościołach w Toskanii albo na wsi, bo tam wszystko jest tak stare i piękne, że trudno nie wierzyć. Dlatego trzeba wybrać stary i ładny kościół. W tych nowoczesnych brzydkich puszkach nic się nie zdarzy.

 

Kiedy odwiedziłam babcię, powiedziała do mnie tak: A żyj sobie, dziecko, jak chcesz i nie przejmuj się niczym i nikim, tylko sobą. Gdybym ja dzisiaj była młoda, to w życiu bym za mąż nie wyszła, tylko bym zarabiała i pracowała, i żyłabym sobie jak bym chciała, gotowała, kiedy bym chciała, wychodziła z domu i dobrze się bawiła. Dzieci też, jak są dorosłe, to się tobą nie interesują, taka jest prawda. Dopóki są małe, a ty sprawna, to jeszcze jakoś jest, ale potem idą w swoją stronę i się na nic nie oglądają. Ja cię rozumiem i ty jesteś najmądrzejsza z naszej rodziny.

 

“Uśmiecham się gwiazdkowo.

Nie wiem Babciu, kiedy dziecko.

 

Już po świętach. Dobrze, że się skończył opłatek.

Babci płyną po zmarszczkach łzy wielkie jak groch.

Ona wie najlepiej, jaka jestem nieszczęśliwa.

Modli się za mnie co niedzielę przy radiu.

Może gdybym się nauczyła gotować, zechciałby mnie

za żonę.

 

Ale go nie widziałam już tyle miesięcy.

Zaczął pracę w banku, kłamię.

I naprawdę na wszystko nas stać.

 

Gdzieś mi uciekło dziesięć lat. I co z tego.

To tylko liczby.

Tylko zmarszczki.

 

Ja ciągle odrabiam swoje prace domowe.

Nie zbieram na emeryturę.

I papierosy palę po kryjomu.

 

Nad ranem zaciągam ciężkie zasłony.

Przymykam oczy przy telewizorze.

Śnią mi się pająki, biedronki, ni to brzydkie, wyłażą z cienia.

Wciągam je w odkurzacz.

 

Miałam przyjaciela w przedszkolu.

Ciągle go szukam na fejsbuku.

Na pewno zrobił karierę.

 

Babciu, oszczędzę Ci opowieści z żurnala.

Ciągle jeszcze chcę się gubić i zbierać.

Nie dzwonię, kiedy płaczę.

Dzwonię, kiedy się zakochuję.

 

Moje miasto nie wybacza błędów.

Nocami krzyczy na ulicach.

Podpowiada mi kolor ust.

 

Babciu, czy Ty mnie kochasz mniej bez tego dziecka?

 

Zapomniałam Twoje pocztówki pisane ręcznie.

Zapomniałam Twoje modlitwy.

Mam swoje.

Dziękuję, że nie mam kredytu.

 

Dziękuję za dzieciństwo na podwórku.

Za przyjaźnie, które przetrwały.

Za jedzenie na telefon.

 

Za facetów, którzy mówią wierszem.

Którzy zapamiętują moje imię.

Którzy mnie trzymają za rękę.

 

Jedną nogą w piżamie, drugą w lateksie.

Jedną odważnie, drugą po cichu.

Jedną trzydzieści, drugą dwadzieścia.

 

Utknęłam gdzieś w niewieku. Nie wiem,

czy mnie zbawisz, Babciu”6

 

Skasowałam bloga. Nic po nim nie zostało, chociaż pewnie krąży po wirtualnym śmietnisku, bo ponoć w Internecie nic nie ginie. Przerzuciłam się na książki, a w chwilach dużego zwątpienia, na telewizję. Ale, zastrzegam, oglądałam tylko TVP Kultura i Fashion TV.

Czy wy wiecie, w czym chodzą modelki Victoria’s Secret? I nie chodzi mi o bieliznę, ale o te konstrukcje. Te skrzydła różne wstrząsające. Dopiero teraz im się przyjrzałam i to jest tak brzydkie, że aż trudno uwierzyć i Kazimiera Szczuka na pewno ich nienawidzi. Tak pomyślałam. A potem zagapiłam się i doszłam do wniosku, że przeszłabym się raz jeden w takich gigantycznych skrzydłach w kształcie kwiatów albo w indiańskim pióropuszu i szpilkach i żeby z góry na mnie sypał się złoty brokat, a ja bym się uśmiechała, a na widowni byłby Brad Pitt z czasów „Fight Clubu”, miałby podbite oko i patrzyłby tylko na mnie.

Kolejny dzień oglądałam seriale na komputerze, kiedy uporczywie zaczął dzwonić telefon. W końcu wcisnęłam pauzę i odłożyłam talerz z boeuf bourguignon.

– Halo?

Po drugiej stronie była moja mama.

– No nareszcie! co się z Tobą znowu dzieje? Dlaczego nie odbierasz?

– Bo mnie nie ma.

– Jak to cię nie ma, jak jesteś? To gdzie jesteś? Ja się martwię jak ty się czujesz? Masz gorączkę? Brałaś lekarstwo? Jadłaś coś? Co robisz?

– Dziękuję, żyję, właśnie jem obiad i oglądam film.

– Obiad? Tak późno? Mam nadzieję, że coś konkretnego, a co oglądasz?

– Jem wołowinę po burgundzku i oglądam film o japońskim kanibalu, który został celebrytą. Doskonały dokument. Nawet śmieszny momentami. Zwłaszcza te przepisy na gulasz czy pasztet z serca i wątroby.

– …

– Halo, jesteś tam? Mamo?

 

“Wstyd, wstyd, wstyd. Utop się w swoim pierdolonym wstydzie”7

 

“Podpora”, “Stagnacja”, dużo jest dziwnych wyrazów, jak im się przyjrzeć z bliska. A niektóre są kompletnie nieciekawe. Kiedy prowadziłam bloga, zawsze zastanawiałam się, jak mam na nim pisać o ważnych sprawach i odkryłam, że jeśli nie po rosyjsku, to trzeba dużo rzucać kurwami. Trzeba mówić dupa, popierdolone, w chuj. Na przykład kiedy byłam w rozsypce emocjonalnej, tęskniłam za miłością, za kimś bliskim, ciepłem, dotykiem, pisałam „w chuj mi dzisiaj źle”. Natomiast nie wolno było stosować wyrazów takich jak: miłość, czułość, dobroć, szczodrość, delikatność, dusza. Zawsze kiedy ich używałam, każdą nieopatrzną „czułość” musiałam natychmiast kontrować jakimś „w pizdu”. W pizdu czuła.

 

Musiałam z tym skończyć. Ja wciąż lubię ładne słowa.

Przebiera się w białą sukienkę na ramiączkach. Zmywa makijaż. Rozpuszcza włosy. Bierze z patery jabłko, zaczyna je gryźć.

Ładne jabłka, prawda? Zrobiłam zakupy w sklepie ekologicznym. Przez Internet. Kurier przywiózł mi pyszne niepryskane jabłka, brudną od ziemi marchewkę i ziemniaki. Jem jabłko i czytam maila od innego mojego dilera, tym razem włoskich ekologicznych cytrusów: „Początek sezonu cytrusowego nie zaczyna się dla nas zbyt dobrze. Otrzymaliśmy informację od spedytora, że ciężarówka, która wiezie nasze towary, miała małą stłuczkę, co spowodowało, że nie zdążyła dotrzeć na czas na przepakowanie w Weronie. W związku z tym będzie mały poślizg w dostarczeniu przez nas przesyłki”. Moje pomarańcze są teraz w Weronie. Beze mnie.

Dać się zjeść, pożreć, zeżreć. To niekoniecznie jest słabość. Są rośliny, które wykorzystują ludzi, żeby przetrwać. Tak było z jabłkami. Jabłka pochodzą z Afganistanu, ale klimat był tam dla nich fatalny i wyginęłyby, gdyby ludziom tak nie posmakowały owoce jabłoni i nie zaczęli ich sadzić, dokądkolwiek się przemieszczali. Jabłka przemieszczały się z nimi. Wykorzystały ludzi, by powędrować dalej i przetrwać. Dawały się zjeść.

“karmić,

pomagać,

ochraniać,

pocieszać,

wspierać,

doglądać,

leczyć

 

być karmioną, otrzymywać pomoc, ochronę, być pocieszaną, wspieraną, doglądaną, leczoną

stworzyć udany, trwały, oparty na współpracy, partnerstwie i wzajemności,

związek z Osobą

mieć przebaczone

być kochaną

być wolną“8

Nie chciałam umrzeć. Rozumiecie? Ja lubię żyć.

Zapisałam się na rosyjski.

 

Bo u mnie nawet jak jest najczarniejsza noc, to jest śmiech. Moja babcia dzwoni do mnie zawsze, kiedy się jej śnię. Bo sny są ważne.

Śniłaś mi się dzisiaj. Miałaś sześć lat i ja cię z zerówki odebrałam tej twojej, pamiętasz, i siedziałaś w tym małym pokoju u nas i zaciągnęłaś zasłony, całkiem ciemno zrobiłaś, ja wchodzę i mówię:

– A co ty tak po ciemku siedzisz? – zmartwiłam się, że się tak odgrodziłaś od wszystkiego.

– A bo ja tak lubię.

– Dziecko moje, co ty mówisz?

Zaczęłam odsłaniać troszkę te zasłony, bo był ładny dzień, słońce, a ty się zaczęłaś śmiać i mówisz:

– No co ty, babciu, wyprawiasz, przecież w kinie jesteśmy!

I dalej się śmiałaś tak bardzo, że ja też się zaczęłam śmiać. I obudziłam się. Ale śmiać mi się dalej chciało.

 

Naprawdę myślisz, że nic się nie stało? Że można nie umrzeć z miłości, tylko wyjechać i zostawić za sobą kogoś rozjechanego na drodze jak kota? Że to nie wróci już nigdy do ciebie i do mnie? To nie było łatwe. Pewnie myślisz, że obżerałam się lodami z wielkiego kubła, oglądałam komedię romantyczną i miałam na nogach wełniane skarpetki. A potem mi przeszło, bo sąsiad z parteru okazał się pokraczną ale znośną kopią ciebie. Taką, którą mógłbyś mi wybaczyć. Może nadal oszukujesz się, gdzieś tam, że nic się nie wydarzyło, że to było wielkie nic. Oczywiście, że mogłeś zrobić, co chciałeś. Ale ucieka tchórz. Zdjęłam dla ciebie wszystko, cała się rozebrałam, nie bałam się. No i, widzisz, jednak żyję. O wszystkim sobie opowiadam. A gdybym cię teraz spotkała, mówiłabym do ciebie po rosyjsku.

 

 

Смотрю на море жадными очами,

К земле прикованный, на берегу…

Стою над пропастью – над небесами,-

И улететь к лазури не могу.

 

Не ведаю, восстать иль покориться,

Нет смелости ни умереть, ни жить…

Мне близок Бог – но не могу молиться,

Хочу любви – и не могу любить.

 

Я к солнцу, к солнцу руки простираю

И вижу полог бледных облаков…

Мне кажется, что истину я знаю –

И только для нее не знаю слов9.

 

 

Wybija północ. Nalewa sobie lampkę szampana i wypija.

 

 

JULKA

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Żebyście nie były nigdy głodne i żebyście miały kury, bo wtedy codziennie będziecie miały jajko.

 

 

 

 

KONIEC

 

/ Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody autorki zabronione.